Ludwik XIII "Sprawiedliwy" Robertyng-Capet-Bourbon-Vendôme (urodzony w Fontainebleau, 27 września 1601 roku, zmarł w Saint-Germain-en-Laye, 14 maja 1643 roku) herb

Syn Henryka IV "Wielkiego" Robertyng-Capet-Bourbon-Vendôme, króla Nawarry, Francji i Marii de Medyci, regentki Francji i Nawarry, córki Franciszka I de Medyci, wielkiego księcia Toskanii.

Delfin Francji od 27 września 1601 roku do 14 maja 1610 roku, król Francji jako Ludwik XIII, króla Nawarry i Wielki Mistrz Zakonu Świętego Ducha jako Ludwik II, książe Bretanii od 14 maja 1610 roku do 14 maja 1643 roku, hrabia de Foix jako Ludwik I od 14 maja 1610 roku do 14 maja 1643 roku.

Tytulara: Z bożej łaski arcychrześcijański król Francji i Nawarry.

18 października 1615 roku w Burgos (per procura), w Bordeaux, 25 lub 28 listopada 1615 roku poślubił Annę Marię Habsburg (urodzona w Valladolid, 22 września 1601 roku, zmarła w Louwrze w Paryżu, 20 stycznia 1666 roku), regentkę Francji i Nawarry, szefowa rady królewskiej, córkę Filipa III Habsburga, króla Hiszpanii, króla Portugalii i Małgorzaty Habsburg Austriackiej, córki Karola Habsburga, księcia Styrii, Karyntii, Krainy i Triestu.

Ludwik XIII pod żadnym prawie względem - tak fizycznym, jak i osobowościowym - nie przypominał ojca. Henryk IV był postawny, krzepki i zdrowy, Ludwik - wątły, niski i cherlawy. Chorowity od dziecka, często konferował po latach z kardynałem Richelieu (także obdarzonym bardzo kiepskim zdrowiem) leżąc w lektyce. Ojciec był człowiekiem o silnej osobowości i woli, syn bezwolną marionetką w ręku innych, mocniejszych charakterów. Henryk - choć nie błyszczał inteligencją - był mądry; Ludwik nie był ani inteligentny, ani mądry. Taką litanię przeciwieństw można by wydłużać. Ogólnie wszak rzec można, że o ile Henryk IV był mężem stanu dużego kalibru, to syn jego tylko kimś w rodzaju karła politycznego.

Ludwik XIII był wyjątkową miernotą w historii rodu Burbonów. Żył w cieniu nie tylko tak wybitnych postaci historycznych, jak Richelieu, ale nawet przesłaniali go ludzie dużo mniejszego kalib­ru: matka Maria de Medici, jej faworyt Concino Concini, de Luynes, Mazarini. Nie odznaczył się prawie niczym, tak że nawet jego żona - intrygantka Anna z Habsburgów była znaczniejszą odeń aktorką sceny politycznej.

Król całe życie komuś ulegał, ktoś nim sterował. Najpierw była to matka, potem faworyci i doradcy, na końcu zawierzył Richelieumu. Trudno oczywiście rzec, że był kompletnym durniem, skoro prezentował dość duży instynkt samozachowawczy: "…z pewnością, gdyby nie oparł się na energicznym i bezwzględnym kardynale, utraciłby władzę. Otoczony cynikami i intrygantami, i to we własnej najbliższej rodzinie, bo byli to matka, brat i żona, siłą rzeczy musiał forytować człowieka dbającego o siłę i prestiż władzy monarszej. Ale nigdy nie przejawił samodzielności politycznej, nie stać go było na własne zdanie. Szedł za podszeptem innych".

Miał niewątpliwie trudne dzieciństwo i młodość. Wcześnie stracił ojca, odsunięto odeń wybitniejszych pedagogów. Były to złe czasy bałaganu, korupcji i rozprzężenia na wszystkich płaszczyz­nach życia dworu i kraju. Ustawicznie marnowano z takim trudem osiągnięty dorobek Henryka IV. Trwoniono tak skrzętnie zgroma­dzone przez zmarłego króla pieniądze. To regentka Maria współ­rządziła ze swoim faworytem Concino Concinim, włoskim przy­błędą, powszechnie w stolicy i w kraju znienawidzonym. Najpraw­dopodobniej nie był on kochankiem "pierwszej damy" Francji - jak głosiły złośliwe plotki - ale i tak ów duet drażnił społeczeństwo, niechętne też samej "grubej bankierzycy". A ona spełniała roz­maite bezczelne zachcianki przyjaciela, włącznie z nadaniem mu tytułu marszałka d'Ancre, co było kompletnie nieuzasadnione, bo nigdy nie służył on w armii. Było to w 1613 roku, a w trzy lata potem (Concini zażądał tytułu konetabla Francji (najwyższy stopień w hierarchii wojskowej), co jednak tak wzburzyło opinię publiczną, co Medyceuszka nie odważyła się spełnić tego życzenia.

Z rządów Henryka IV Concini kontynuował tylko jedno zwalczał możnych, a właściwie usiłował to robić, bo nie był polity­kiem zbyt skutecznym. Nienawidził on książąt i gardził nimi, z wzajemnością zresztą. Poza tym jednak działo się źle. Gdy Concini opływał w dostatki, kraj stopniowo tracił to, co wypracował pierw­szy z Burbonów. Znów powróciła anarchia, panoszyć się zaczęła arystokracja, głowę podnieśli hugenoci, aspirujący do pozycji pań­stwa w państwie.

Młody delfin nie otrzymał zbyt starannego wychowania i wy­kształcenia. Był kapryśny i chimeryczny, trudny dla otoczenia. Nie miał żadnych zainteresowań intelektualnych, z literatury prawie nic nie czytał. Zajmowały go natomiast konie, psy i ptaki. Miał też swoisty talent i zamiłowanie do wojaczki. 2 października 1614 roku proklamowano jego pełnoletniość, przez co ipso facto kończyła się regencja matki, lecz na papierze i oficjalnie. Faktycznie wszystko pozostało po staremu, a młodzikowi dano do odczytania grzeczny i kurtuazyjny list, postulujący, by Maria "rządziła i rozkazywała, tak jak to robiła dotąd". Pozbawiono ją tytułu regentki, czyniąc jedynie "przewodniczącą Rady Królewskiej", ale wychodziło na to samo.

Król przewodził też oficjalnie obradom zwołanych w paź­dzierniku 1614 roku Stanów Generalnych, który to fakt niewątpliwie świadczył o zmniejszonej prężności dworu monarszego. Stany ob­radowały w aurze bałaganu i plotek o rodzinie królewskiej. O samym Ludwiku mówiono - nie bez racji - że jest kapryśny, nijaki, leniwy, że dziwak i nieuk. Same Stany były wewnętrznie skłócone, co trochę ratowało Medyceuszkę. Powstała kontrowersja między szlachtą rodową a urzędniczą na tle paulette. Instytucja ta bowiem była narzędziem potęgi nowej warstwy biurokracji państwowej, którą szlachetnie urodzeni pragnęli ukrócić.

W jednym tylko wszystkie trzy stany i wszystkie grupy nacisku były zgodne - w krytyce Marii i Concinicgo. Ich decyzje były skrajnie niepopularne. W 1615 roku stanęła na porządku dziennym kwestia podwójnego mariażu habsbursko-burbońskiego. Ludwika wyswatano z Anną Habsburżanką, córką Filipa III hiszpańskiego, jego siostrę Elżbietę zaś wydano za madryckiego następcę tronu (późniejszego Filipa IV). Wymiana księżniczek miała nastąpić w Pi­renejach, na granicy. Pomysł ten wzburzył oczywiście hugenotów, a także książąt krwi (pojawiło się po raz pierwszy widmo ich sojuszu), którzy zaczęli szykować liczne prywatne armie na połud­niu kraju, by nie dopuścić do podróży dworu w Pireneje. Za Henryka IV coś takiego byłoby nie do pomyślenia! Gromadzili wojsko wielcy panowie-lesgrands seigneurs, de Condé, de Bouillon i inni. Groził wręcz wybuch wojny domowej. Medyceuszka jednak zebrała jakoś od parlamentu paryskiego pieniądze na wojsko i tak zabezpieczona ruszyła w listopadzie 1615 roku do Hiszpanii. Ludwik tam nie dojechał, pozostał w Bordeaux i tam oczekiwał wybranki. Ślub odbył się w katedrze w tym mieście 25 listopada. Dama miała podobnie jak i pan młody lat czternaście (była o pięć dni starsza).

Anna, zwana potem w historiografii - bezpodstawnie - Aust­riaczką (Anne d'Autriche) była wówczas dobrze wychowaną, uleg­łą sztywnej hiszpańskiej etykiecie osóbką. Była jeszcze skromna i cicha, nie ujawniając późniejszych namiętności. Dlatego tak bardzo kontrastowała z teściową, kobietą aż nadto pełną życia, a przy tym źle wychowaną i prymitywną w gustach. Anna w ogóle prawie nie zainteresowała małżonka. Ludwik stronił od dziewcząt i nie zaj­mował się Habsburżanką, przedkładając towarzystwo chłopców i młodych mężczyzn. Nie przypominał ojca, ale raczej Henryka Walezego, który też miał wielu "swoich chłopców" (mignons). Taki stan rzeczy był od początku źródłem frustracji Anny, kierując ją ku opozycji wobec męża. Również i dworacy, troskający się o ciągłość dynastii i zapewnienie Francji przyszłego króla, mieli z Ludwikiem duże problemy. Podobno musieli go prawie na siłę wpychać do małżeńskiego łoża, co w rodzie Burbonów nie zdarzyło się ani przedtem, ani potem.

Tematem plotek na dworze króla Francji Ludwika XIII były m.in. jego stosunki z chłopcami i mężczyznami. Tallemant des Reaux, opierając się na dokumencie z czasów Ludwika XIII, wymienia wśród jego kochanków Barradasa, Saint-Simona (ojca słynnego pamiętnikarza) i Cinq-Marsa.

Swojej żonie, Annie Austriaczce, władca przyrzekł kiedyś, że "nigdy nie dotknie żadnej innej kobiety". I słowa zapewne dotrzymał. Po kilku latach pożycia i kilku poronieniach Anny, w 1623 roku Ludwik zaprzestał odwiedzania jej komnat. Gdy 15 lat później królowa urodziła pierworodnego syna (przyszłego Ludwika XIV), szybko zaczęto plotkować o jego nieślubnym pochodzeniu. Oskarżenia powróciły w czasach Frondy, która omal nie zmiotła małoletniego Ludwika XIV z tronu.

Jakby kłopotów było za mało, Ludwik zadawał się z chłopca­mi niskiego pochodzenia, zaczynając ponoć od woźnicy i lokaja. Tak przynajmniej podają złośliwi pamiętnikarze. W końcu poznał szlachcica (może nawet za sprawą Conciniego) o nazwisku Charles de Luynes (zmrł w 1621 roku). Długo pozostawał pod dość destrukcyj­nym wpływem tego znacznie odeń starszego intryganta, kariero­wicza i cynika, o wątpliwych walorach intelektualnych i moralnych. Od kiedy tylko król dostał się w szpony Luynesa, los Conciniego był przesądzony. Wokół faworyta królewskiego powstała bowiem kamaryla dążąca do obalenia i zgładzenia adherenta Medyceuszki. Powstało nawet coś w rodzaju "gabinetu cieni" z przyjacielem Luynesa, Guichardem Deageant, na czele. Człowiek ów, urzędnik ministerstwa finansów, był spiritus movens akcji likwidacji Conci­niego. Był odważny i zdecydowany, w przeciwieństwie do ostroż­nego Luynesa.

Szykując spisek król był bezwolny. Przez cały czas milczał. W kwietniu 1617 roku przygotowania do przewrotu pałacowego weszły w decydującą fazę. Chodziło o zabicie Włocha i pozbawienie Medyceuszki władzy. Ludwik wciąż biadał wobec najbliższego oto­czenia, że "tak niewiele się liczono z jego osobą i nie dawano mu żadnego wpływu na ważne sprawy królestwa". Ale nic nie robił. Czyż zresztą należy się dziwić szesnastoletniemu chłopakowi? W każdym razie decyzje dojrzały. Luynes skłaniał się ku procesowi sądowemu Conciniego, ale gdy w końcu ktoś ze spiskowców za­pytał Ludwika, jaka jest jego ostateczna decyzja, to odpowiedział za króla Deageant: "Król zgadza się, aby go zabito". Młodzian milczał. Cały Ludwik XIII!

Tak tedy dnia 24 kwietnia ludzie dworscy zastrzelili Włocha, gdy podążał do Luwru. Nikt się za nim nie wstawił, mimo licznej towarzyszącej mu eskorty. Ludwik był w euforii: "Wielkie dzięki wszystkim! Od tej chwili jestem królem!" - krzyczał z dziecinną jeszcze naiwnością. Trzeba przyznać, że spiskowcy okazali sie nie lada konspiratorami, do końca ukrywając wieść o przygotowywanej akcji. Nawet tak bystry obserwator, jak biskup Richelieu - zaczy­nający właśnie karierę na salonach paryskich - nie spodziewał się tak stanowczego postępowania króla, którego powszechnie lekce­ważono.

Ludzi Conciniego przepędzono z dworu, przywrócono posady wielu reprezentantom ekipy Henryka IV. Marię Medycejską zastraszoną histeryczkę - aresztowano i internowano w zamku Blois. Ludwik nie chciał jej nawet widzieć. Zanosiło się na restau­rację dawnych porządków w państwie. Pozornie jednak.

Młody władca wpadł teraz bowiem na dobre w ręce de Luynesa, który stał się kimś w rodzaju nowego wielkorządcy państwa. Już wkrótce narobił sobie wrogów i stał się jeszcze bodaj bardziej znienawidzony niż Concini. Powołano nowy rząd pod batutą star­ca, kanclerza Nicolasa de Sillery (1544-1624). Reszta tego dostoj­nego gremium składała się z podobnych nestorów, toteż z powo­dzeniem można było mówić o "radzie starców" (było jeszcze kilku panów po siedemdziesiątce; najstarszy minister miał siedemdzie­siąt siedem, a najmłodszy trzydzieści cztery lata). Był to układ niesłychany w dotychczasowych dziejach Francji (i chyba całej ówczesnej Europy) i nie wróżył stabilizacji politycznej. Miał raczej wszelkie znamiona układu przejściowego.

Tak też się i stało, bo faktyczny rządca Luynes nie panował nad sytuacją wewnętrzną. Król tym bardziej. Choć doroślał, nie dojrze­wał z pożądanym kierunku. Był oschłym, skrytym, obłudnym i nieufnym milczkiem. Jąkanie się pogłębiało kompleksy. Był egoistą i dziwakiem. Nie brakło mu zmysłu ironii tudzież specyficznego, złośliwego poczucia humoru, gdy mawiał od czasu do czasu pub­licznie o "królu Luynesie". Ten bowiem oddawał mu pewne usługi, tępiąc arystokrację i dbając o autorytet i majestat królewski.

Rychło atoli podniosła głowę Medyceuszka, a wraz z nią inne elementy odśrodkowe w kraju, głównie wśród możnych. Doszło do perturbacji wewnętrznych na tle sporów w łonie dynastii, zwanych przez historyków francuskich "dwiema wojnami matki z synem". Polegało to na tym, że Maria de Medici - w porozumieniu z czołowym spiskowcem arystokratą, diukiem d'Epernon - zbiegła z zamku Blois i wszczęła akcję przeciw koterii de Luyncsa. Było to w 1619 roku. Biskup Richelieu próbował mediować między Marią a Ludwikiem i Luynesem, co doprowadziło do spotkania (w Tours we wrześniu) króla, biskupa i Anny Austriaczki z jednej, a Medyceuszki z drugiej strony. Doszło do pewnej dćtentc w stosun­kach rodzinnych, ale już ujawniła się kontrowersja między synową a teściową. Anna dawała odczuć swą habsburską wyższość nad "bankierzycą", co nie sprzyjało familijnej sielance.

Na razie Richelieu z podziwu godną wytrwałością lał oliwę wzburzone fale i była regentka osiedliła się w Angers. Nastąpiło to polepszenie pożycia małżeńskiego króla z Austriaczką, co prawie krótkotrwałe, bo od 1619 do 1622 roku. Władczyni miała wszystkie skłonność do poronień i nie urodziła następcy tronu. Po tym dobrym okresie rodzinnym przyszedł znów czas fanaberii król frustracji królowej, tak że delfin przyszedł na świat dopiero w 1638 roku.

W lipcu 1620 roku Medyceuszka ponownie zaczęła intrygować co stawało się coraz bardziej niebezpieczne dla dworu. Dość bowiem do dziwacznego i cokolwiek egzotycznego (zważywszy dotychczasowy stan rzeczy i dawną politykę regentki) sojusz! Marii z magnatami i hugenotami, skierowanego przeciw rządowi królewskiemu. Młody król osobiście brał udział w pacyfikacji zrewoltowanych regionów kraju. Zdecydował się też na radykale rozwiązanie problemu hugenockiego. Przeprowadził je w latach 1620-1629, co do dziś budzi wśród historyków pewne kontrowersja. W tym samym bowiem czasie zaczęła się w centralnej Europie wojna trzydziestoletnia, czyli gigantyczne zapasy militarne mię światem katolickim a protestanckim. Z jednej strony stanęli oczy wiście Habsburgowie, z drugiej zbuntowane stany czeskie, protestanccy książęta Rzeszy i Szwedzi. Nie bez znaczenia było to stanowisko Polski, sterowanej przez kontrreformacyjnego Zygmunta III Wazę. Rozpoczęty w 1618 roku w Pradze konflikt rozwinął się w wielką batalię. Francuzi nie mogli się oczywiście od razu zorientować, jak wielką wagę ma zamęt w odległych Czechach, przecież już we wczesnych latach dwudziestych powszechnego konfliktu była jasna. Dlaczego już wówczas nie wmieszali się wojny w Rzeszy, przechylając szalę na stronę antyhabsburską. Przecież Henryk IV z całą pewnością by tak postąpił.

Odpowiedź na to pytanie jest skomplikowana, aczkolwiek nie tak znów bardzo. Przede wszystkim Ludwik był wychowany duchu czysto katolickim (żeby nie powiedzieć klerykalnym), Richelieu już nie wspominając. Stosunki ze Stolicą Apostolską były dobre. Natomiast protestanci francuscy ciągle mącili i wichrzy działając wbrew silnej władzy monarszej. Nie można było przyczyniać się do wzrostu ich pozycji w samej Francji i jednocześnie popierać ich współwyznawców na wschodzie. Dlatego też dwór postanowił najpierw rozwiązać palący problem wewnętrzny, jaki było protestanckie państwo, potem zaś zająć się zagranicą. Poza tym chyba jasne jest, że kraj pogrążony w zamęcie - jak ówczesna Francja - nie ma sił i środków do angażowania się w odległe konflikty międzynarodowe, z których jeszcze nie wiadomo co mog­łoby wyniknąć.

Tymczasem Francję czekał kolejny kryzys rządowy. Jego kul­minacja nastąpiła w latach 1623-1624, ale na szczęście dla Lud­wika i dynastii pojawił się na scenie politycznej Armand Jean du Plessis de Richelieu (1585-1642). Był to człowiek niezmiernie utalentowany politycznie. Jego przodkowie zrobili postępy w ka­rierze za Henryka IV, a on sam został w 1607 roku biskupem Lucon w wieku dwudziestu dwu lat, co nie było w tamtej epoce bynajmniej ewenementem. Związał się z kręgiem Marii de Medici i po raz pierwszy wystąpił publicznie podczas obrad Stanów Generalnych jesienią 1614 roku, głosząc peany na cześć swej protektorki. Odniosło to skutek, bo w 1616 roku wszedł do rządu jako minister wojny i spraw zagranicznych. Upadek Conciniego - z którym był w jakimś stopniu z konieczności powiązany - nie zakończył kariery biskupa. Ustąpił jedynie z rządu i udał się z Marią do Blois, obejmując funkcję szefa jej świty i dworu. Największą represją ze strony Ludwika okazało się dlań "zesłanie" do Awinionu w 1618 roku. W latach późniejszych zaangażował się w łagodzenie sporów między matką i synem.

Być może było to zadanie niewdzięczne i przykre, ale procen­towało dlań niepomiernie, doprowadzając ostatecznie na szczyty władzy. W 1622 roku papież mianował go kardynałem, co było nagrodą za pogodzenie Marii z Ludwikiem. Rzym zaangażował się bowiem w misję pokojową w obliczu rebelii hugenockiej. Król przychylał się ku idei rekatolizacji części Francji opanowanych przez "heretyków" i ci poczuli się zagrożeni. Wojska królewskie pokonały szybko hugenotów i traktat w Montpellier w 1622 roku po­ważnie pomniejszył profity edyktu nantejskiego. Jako places de surete zostały protestantom tylko La Rochelle i Montauban. Pod­czas kampanii hugenockiej nastąpił też kres kariery Luynesa, który skompromitowany w zapasach militarnych - wkrótce stracił pozycję na dworze i umarł w 1621 roku.

W takiej sytuacji w 1624 roku Richelieu zasiadł w Radzie Królewskiej, gdzie wkrótce stał się de facto pierwszym ministrem. Na samym początku król nazbyt mu ufał, aczkolwiek purpurat zjednał go namolnymi deklaracjami lojalności. Rychło też przedstawił kró­lowi swój plan działań politycznych:

"Zrujnować partię hugenocką, ukrócić pychę wielmożów, sprowadzić wszystkich jego [króla - T.S.] poddanych na drogę obowiązku i wynieść blask jego imienia wśród obcych na­rodów tak wysoko, jak mu się należało".

Nic dziwnego, że Ludwikowi spodobał się taki doradca: "...My­liłby się wszak ten, kto by stosunki króla i kardynała postrzegał ja­ko sielankę". Obaj neurastenicy, histerycy, schorowani, podejrzliwi i zmienni - byli trudnymi partnerami. Gorzej miał oczywiście Ri­chelieu, bo zależał od chimer łaski pańskiej, a pozycja jego jako "premiera" była zawsze mniej lub więcej krucha. Jednakowoż i Ludwik z roku na rok coraz bardziej uzależniał się od kardynała, który faktycznie stał się pierwszą osobą w państwie. Było to uza­leżnienie tak duże, że wszystkie osiągnięcia jego panowania zali­czane są na konto wielkiego purpurata.

W 1625 roku na skutek zawiłego splotu intryg nastąpiła na dworze nowa polaryzacja sił. Gwałtownie pogorszyły się stosunki Ludwika z żoną i matką. Osamotniony, jedynego i zręcznego so­jusznika znalazł w kardynale. Zaczęło się od kwestii mariażu an­gielskiego. Od kilku bowiem lat swatano siostrę Ludwika Henriettę z dworem londyńskim Stuartów. Był to dwór protestancki, co dodatkowo komplikowało sytuację, powodując konieczność wy­starania się o dyspensę papieską. Celem dopełnienia finalnych for­malności przybył w maju z Londynu do Paryża książę Buckingham, faworyt króla angielskiego Karola I. Była to postać pod względem charakteru mocno nieciekawa, choć podobał się dwu kolejnym królom brytyjskim (Jakubowi i Karolowi) oraz wielu paniom.

W sytuacji głębokiej frustracji Anny Habsburg - która była urodziwą kobietą i w ciągu ostatnich lat zmieniła obyczaje na bardziej swobodne - doszło do bulwersującego wszystkich roman­su królowej z wysłannikiem Londynu. On miał trzydzieści trzy lata, ona dwadzieścia cztery. Trudno w takim wypadku oddzielić re­welacje złośliwych i wścibskich pamiętnikarzy od rzeczywistości. Mówiono i pisano różne rzeczy, o próbie gwałtu na królowej (w Amiens, podczas powrotnej drogi Buckinghama) włącznie. W każ­dym razie Ludwik XIII był wściekły i wydał kategoryczny zakaz przebywania Anglika na ziemie francuskiej kiedykolwiek jeszcze w przyszłości. Doszło wprawdzie do pospiesznego wysłania Henrietty za kanał La Manche, lecz inne plany Albionu nie zostały pomyślnie sfinalizowane.

Obu stronom zależało na détente, ale nie za każdą cenę. Perfidni jak zawsze Anglicy podburzali Francuzów przeciw Hisz­panii, chcąc, aby Paryż wyciągał dla nich kasztany z ognia. Nie udało się, a odprężenie trwało tylko przez kilka lat.

Afera z mariażem angielskim skomplikowała rodzinne sto­sunki Burbonów. Sytuację pogorszyło jeszcze bardziej dojście do pełnoletniości brata Ludwika - Gastona Orleańskiego (urodzony w 1608 roku). Był on protoplastą orleańskiej linii Burbonów (gniazdo rodowe - Orlean), która od tej pory zawsze będzie w jakimś stopniu odstępować od politycznego kierunku Burbonów "właści­wych". Gaston z Orleanu pod jednym tylko względem przewyższał brata - wzrostem. Poza tym był kimś jeszcze gorszym, bo niesły­chanym awanturnikiem i intrygantem. Spiskując ustawicznie prze­ciw bratu i Richealieu'mu (gdyż w przypadku braku syna Ludwikowego on był następcą tronu), wciągał w to nierozważnie wielu ludzi, którzy potem ginęli pod toporem kata, a on sam - tchórz i bufon - pozostawał bezkarny.

W czerwcu 1626 roku król złożył kardynałowi swoistą deklarac­ję lojalności, raczej nietypową w stosunkach władców z pierwszy­mi ministrami. Miał ledwie dwadzieścia pięć lat, podczas gdy Ri­chelieu był już czterdziestojednoletnim doświadczonym i wytraw­nym graczem politycznym. Ludwik XIII pisał

"Mam do Pana pełne zaufanie i prawda jest taka, że nigdy nie znalazłem dotąd osoby, która by mi tak służyła wedle mego upodobania, jak Pan to robi [...]. Pragnę i proszę, aby Pan nie odchodził, bo moje sprawy źle by na tym wyszły".

Trudno o większą szczerość, zwłaszcza u monarchy w XVII wieku. I dalej:

"Dobrze widzę, że lekceważy Pan inne względy w imię mojej służby, z mojego to powodu liczni wielmoże są Panu niechęt­ni. Niech Pan będzie pewny, że będę Pana wspierał przeciw każdemu i nigdy Pana nie opuszczę".

Można by powiedzieć, że jest to naiwne wyznanie nieporadne­go młodzieńca wobec mentora, gdyby nie to, że przyrzeczeń swych król dochował aż do śmierci.

Następne lata, a zwłaszcza rozgromienie hugenotów przez zdobycie La Rochelle (bezpośrednie dzieło kardynała, 28 paź­dziernika 1628 roku, po czternastu miesiącach ciężkiego oblężenia), ugruntowały pozycję pierwszego sługi. Tymczasem arystokracja rodowa, której w imię racji stanu Richelieu wypowiedział wojnę, skupiła się teraz wokół byłej regentki, królowej Anny, i Gastona. Nadchodziły rozstrzygające chwile.

Taką chwilą historyczną stał się "dzień wystrychniętych na dudka" (la journée des dupes) - 11 listopada 1630 roku, kiedy to matka po raz ostatni spróbowała przeciągnąć syna na swoją stronę pod­czas jego choroby, dając mu do wyboru albo siebie, albo kardynała. Była to niedziela. Poprzedniego dnia, 10 listopada, Richelieu pró­bował łagodzić stosunki króla z Gastonem, ale już po południu odbyła się dramatyczna rozmowa trzech person: króla, Marii i kardynała. Medyceuszka wrzeszczała histerycznie na purpurata, nazywając go "zdrajcą, kłamcą, łotrem", co ponoć należało jeszcze do najłagodniejszych epitetów. Krzyczała, że chce on obalić króla. Kazała Ludwikowi wybierać jedno z nich: "Czy wolisz lokaja od własnej matki?!" - pytała nieprzytomna z gniewu. Była jak zwykle wulgarna, agresywna, nieopanowana. Król usiłował jej przerywać, ale jak zawsze był bezwolny. Wszystko tedy rozegrało się między dwoma niegdysiejszymi sojusznikami, teraz śmiertelnymi wroga­mi. Richelieu kajał się, klękał, a nawet płakał. Medyceuszka po­zostawała niewzruszona. Istnieją dwie wersje co do dalszego rozwoju wydarzeń. Według jednej król poparł kardynała, każąc mu na parę dni wyjechać na prowincję; według drugiej (bardziej prawdopodobnej) pogodził się z matką, odprawiając doradcę.

W każdym razie 11 listopada był owym dniem oszukanych. Wszyscy adwersarze kardynała radośnie podnieśli głowy, świętując dzień zwycięstwa. Atoli już nocą z 11 na 12 tegoż miesiąca wzbu­rzony Ludwik kazał Richelieu'mu przybyć do Wersalu. Nie było tam oczywiście jeszcze żadnej większej rezydencji, tylko mały pa­wilon myśliwski. Tam też spotkali się i zacieśnili więzy. Król napisał w liście zapraszającym:

"Pan Kardynał ma dobrego władcę. Proszę mu powiedzieć, że mu się polecam i że ma bez zwłoki przybyć do Wersalu".

Od tej pory pozycja kardynała była niekwestionowana. Mimo kilku jeszcze spisków trzymał on dzielnie ster władzy. Medyceusz­ka - tropiona bezustannie przez agentów purpurata - emigrowała do Brukseli. Zmarła w Rzeszy. Oczywiście mniejsze czy większe zgrzyty między dwoma neurastenikami były w ciągu następnych dwunastu lat na porządku dziennym. Czasem król pozwalał sobie na złośliwe uwagi. Obgadywał też kardynała i narzekał na niego w obecności osób trzecich, ale nigdy nic złego nie mówił mu w twarz. Powszechnie znana była anegdota o królu i kardynale przecho­dzących przez ciemny korytarz: "Niech Pan idzie pierwszy, bo i tak się mówi, że to Pan jest prawdziwym królem" - miał rzec Ludwik. Na to sprytny książę Kościoła odparł z miejsca (chwytając świecę): "Tak, Sire, idę, aby Ci oświetlić drogę!".

Nie dość, że Ludwik był impulsywny i kapryśny, miewał też skłonności wprawiające kardynała w nie lada ambaras. Oprócz "mignonów" (dosłownie: pieszczochów) w osobach młodych pa­nów król w starszych latach zagustował w damach. Były to oczywiś­cie związki platoniczne, zadręczające niezrównoważonego władcę, ale jeszcze bardziej nużące wybranki. Największą tego rodzaju faworytą była Maria de Hautefort (od 1630 do 1639 roku), nie odwzajemniająca afektu króla. Nie lubiła też kardynała, co mu poważnie mieszało szyki w rządzeniu krajem.

Na około rok (1636-1637) Ludwik zmienił obiekt westchnień na pannę Louise-Angélique de La Fayette, która autentycznie zakochała się w "świętym" (jak cokolwiek ironicznie mawiano) królu. Nie dała się ona skaptować Richelieumu, który starał się cały czas omotać króla towarzystwem własnych zauszników. Co gorsza, wokół owej damy zaczęła formować się wroga purpuratowi klika dworska. Dlatego też wieść o udaniu się tej faworyty do klasztoru przyjął Richelieu z głęboką ulgą.

Richelieu obsadził też wszystkie niemal funkcje urzędowe w kraju własnymi ludźmi. I tak na przykład Leon Bouthillier hrabia de Chavigny był ministrem spraw zagranicznych, a jednocześnie porte-parole kardynała u króla. Zdolny organizator o ultrakatolickich przekonaniach, François Sublet de Noyers, był z kolei minist­rem wojny, itd.

Kardynał robił to, co właściwie powinien był robić Ludwik XIII, a czego ten nie potrafił realizować: kontynuował i umacniał osiągnięcia Henryka IV. Utwierdzał absolutyzm, tępiąc panoszące się rody arystokratyczne, centralizując kraj, mitygując hugenotów. Jeśli chodzi o tych ostatnich, stosował taktykę kija i marchewki. Po drakońskich restrykcjach z 1628 roku (odebrano im wszystkie places de sureté dał tzw. edykt łaski, pozyskując wielu protestantów dla swej raison d'état.

Aby utrzymać kontrolę nad wszystkimi prowincjami kraju, Richelieu powołał instytucję tzw. intendentów, weryfikujących permanentnie działalność gubernatorów prowincjonalnych. Apa­rat biurokratyczny - stworzony za Henryka IV - stopniowo się rozrastał.

W aspekcie ekonomicznym panowanie Ludwika XIII przy­niosło umacnianie merkantylizmu: manufaktury (zwłaszcza tek­stylne) rosły w całym kraju, od Paryża po Montpellier, jak grzyby po deszczu. Przyszło jednak zapłacić społeczne koszta rozwoju gospodarczego, jak również koszta chaosu epoki regencji i rządów Luynesa. Mam tu na myśli przede wszystkim bunty ludowe, które obok rebelii warstw wyższych i protestantów - także dały się we znaki rządowi kardynała. Trzeba przyznać, że Ludwikowi i jego ludziom zabrakło tego wyczucia społecznego i kontaktu z plebsem, jakie posiadał Henryk IV. Najlepszym tego dowodem było publiczne spalenie podobizny króla w Lyonie w 1632 roku, podczas zamieszek ludowych. Upadał tedy, jak widać, naiwny plebejski mit króla jako "dobrego ojca narodu". Rozruchy były bezwzględnie tłumione przez wojska Richelieu i masy mogły jedynie marzyć o dawnych błogich czasach króla Henryka. Największym za panowa­nia Ludwika zrywem społecznym było powstanie normandzkie w 1639 roku.

Jeśli chodzi o politykę zagraniczną, kardynał Richelieu walczył z Habsburgami i w 1635 roku przystąpił do wielkiej wojny trzydziesto­letniej; rysowała się wówczas przewaga obozu katolickiego i Fran­cja (choć katolicka), popierając stronę protestancką, wyraźnie przechyliła szalę wojny. W pewnej mierze zmaterializowały się tedy plany Henryka IV, bowiem pozycja Habsburgów w Europie Za­chodniej jeszcze bardziej została zachwiana. Tępiąc hugenotów wewnątrz kraju, Richelieu walczył z katolikami na zewnątrz. Na­wiązał kontakt z takimi państwami protestanckimi, jak Szwecja, Anglia, Holandia czy Brandenburgia Hohenzollernów. Realizato­rem interesów Francji w centralnej Europie stał się wojowniczy władca Szwedów, Gotów i Wandalów, Gustaw Adolf, w którego Paryż ładował pieniądze pełną parą. Właśnie w kontekście szwedz­kim Richelieu i jego zausznik od spraw międzynarodowych, ojciec Józef de Tremblay (kapucyn, 1577-1638), zainteresować się musieli Polską.

Chodziło przede wszystkim o powstrzymanie wojen Polski ze Szwecją, aby Gustaw Adolf mógł swobodnie bić cesarza w Rzeszy. Dlatego też dyplomacja Ludwika i kardynała zainicjowała układy polsko-szwedzkie w Altmarku w 1629 roku i Sztumsdorfie w 1635 roku. Pla­nowano też wydanie za króla polskiego Władysława IV Wazę księżniczki Marii Ludwiki de Nevers, tak aby skierować Rzecz­pospolitą przeciw Wiedniowi i włączyć w orbitę wpływów Paryża. Nie udało się to za życia Ludwika i kardynała, bo w 1637 roku. Władysław IV ożenił się z Cecylią Renatą Habsburg. Jednakże sam pomysł zaistniał i został zrealizowany później, bo księżniczka zos­tała żoną Władysława, a potem także jego brata i następcy, Jana Kazimierza.

Rząd francuski nie zapominał też o koloniach. Kardynał dbał o flotę, zwłaszcza atlantycką, choć ta sfera działań nie była jego mocną stroną. Kolonizacja Kanady była dość słaba. Anglia i Holandia wyraźnie prześcigały Francję na morzach.

Najważniejsze pozostawały sprawy wewnętrzne. Istniała wciąż silna opozycja przeciw kardynałowi, ale król stał przy nim murem. Po 1630 roku gęsto ścielił się trup wśród spiskowców wywodzących się z arystokracji. W 1632 roku związał się konszachtami z Gastonem Orleańskim marszałek Francji, książę Henryk de Montmorency, dotychczasowy adherent królewski. Był człowiekiem "przyszłoś­ciowym" (37 lat), niesłychanie uzdolnionym, chlubą kraju. Ukarano go ścięciem, na mocy dekretu Ludwika, jesienią tegoż roku.

W 1639 roku Ludwik poznał osiemnastoletniego przystojnego młodzieńca, niejakiego Cinq-Marsa. Zadurzył się w nim niczym Henryk Walezy w swoich mignons. Byli prawie całkowitym przeci­wieństwem. Faworyt to dandys i hulaka, pijak i kobieciarz, ale i kolekcjoner sztuki, lubiący luksus i literaturę piękną; król - asceta, sobek, dziwak, który ani zjeść, ani wypić dobrze nie lubił, ograniczo­ny intelektualnie, pozbawiony wrażliwości estetycznej. Po pierw­szym okresie zbliżenia (król brał nawet udział w hulaszczych imprezach) nastąpił kryzys i oddalili się od siebie. Richelieu jak zwykle mediował.

W końcu wszak sprawa stała się niebezpieczna, bo wokół Cinq-Marsa powstał spisek przeciw kardynałowi (lato 1642 roku). Król prywatnie narzekał na Richelieugo, lecz kiedy ów krwawo spacyfikował rewoltę, przyklasnął mu. Niefortunnego młodzika stracono, ale i dni chorego purpurata były policzone.

Warto też wspomnieć o zasługach duetu król-kardynał dla nauki i kultury. Za radą Richelieu'go Ludwik powołał w 1635 roku słynną Akademię Francuską (Académie Française), instytucję gru­pującą luminarzy francuskiego życia intelektualnego. Dokonano też poważnej reformy Sorbony.

4 grudnia 1642 roku zmarł niestrudzony Richelieu, przekazując uprzednio ster władzy w dobre ręce innego księcia Kościoła kardynała Giulio Mazariniego (1602-1661). Richelieu namaścił go na swego następcę, bo ów Włoch z pochodzenia był od kilku lat jego prawą ręką. Chimeryczny Ludwik nie raczył przyjść na nabo­żeństwo za duszę kardynała, ale nakazał przestrzeganie "zasad kardynała" w polityce wewnętrznej i zewnętrznej. Sam żył niewiele dłużej, bo w maju zapadł na śmiertelną chorobę.

Już 27 marca powiedział nadwornemu lekarzowi: "Bóg mi świadkiem, że życie mi się nie podobało i rad jestem odchodząc". Istotnie, był zgorzkniały i przedwcześnie postarzały, choć miał ledwo czterdzieści dwa lata.

Delfin Ludwik miał z kolei lat pięć. Król i królowa toczyli zażartą walkę o to, by mieć na niego wpływ. W końcu nawet odebrano dziecko matce. Ojcem chrzestnym malca został Mazarini. 30 kwietnia 1643 roku oficjalny organ prasowy dworu "Gazette" poinformowała, że król jest w ciężkim stanie i zgodził się na regencję Anny Austriaczki. Do łoża umierającego władcy przypro­wadzono małego delfina. Opowiadano sobie przy tym znamienną, choć raczej mało zabawną anegdotę. "Jak się nazywasz?" - spytał król delfina. "Ludwik XIV, ojcze" - miał odpowiedzieć następca tronu. "Jeszcze nie, ale już wkrótce, jeśli taka wola Boża..." brzmiały słowa chorego.

W końcu 14 maja, w dwie godziny i kwadrans po południu, tegoż dnia i miesiąca i o tej samej porze co jego ojciec, Ludwik "Spra­wiedliwy", drugi nasz święty Ludwik, znalazł drzwi do zba­wienia, czego tak bardzo pożądał.


Żródła:

"Poczet władców Francji" - autor: Tomasz Serwatka

03-06-2020