Ludwik XV "Ukochany" Robertyng-Capet-Bourbon-Vendôme (urodzony w Wersalu, 15 lutego 1710 roku, zmarł w Wersalu, 10 maja 1774 roku) herb

Syn Ludwik "Małego Delfina" Robertyng-Capet-Bourbon-Vendôme, księcia Burgundii, delfina Francji i Marii Adelajdy Sabaudzkiej, córki Wiktora Amadeusza II Sabaudzkiego, króla Sardynii.

Delfin (dauphin, hrabia) Delfinatu i hrabia of Albon od 14 maja 1643 roku do 1 września 1715 roku, książę Andegawenii od 15 lutego 1710 roku do 8 marca 1712 roku, delfin Francji od 8 marca 1712 roku do 1 września 1715 roku, król Francji jako Ludwik XV, król Nawarry i Wielki Mistrz Zakonu Świętego Ducha jako Ludwik IV, książe Bretanii jako Ludwik VI od 1 września 1715 roku do 10 maja 1774 roku, hrabia de Foix jako Ludwik III od 1 września 1715 roku do 10 maja 1774 roku.

W Strasburgu (per procura ) w sierpniu 1725 roku, w Fontainebleau (sponsalia de futuro) 5 września 1725 roku poślubił Marię Karolinę Zofię Felicję Leszczyńską herbu Wieniawa (urodzona w Trzebnicy, 23 czerwca 1703 roku, zmarła w Wersalu, 24 czerwca 1768 roku), córkę Stanisława I Leszczyńskiego herbu Wieniawa, króla Polski, wielkiego księcia Litwy, księcia Lotaryngii i Bar i Katarzyny Opalińskiej herbu Łodzia, córki Jana Karola Opalińskiego herbu Łodzia, kasztelana poznańskiego.

Można powiedzieć, że Ludwik XV Bourbon (1710-1774) panował, ale nie rządził. Przez prawie sześćdziesiąt lat firmował swą osobą władzę regentów, pierwszych ministrów, doradców i fawo­ryt. Jego własny wpływ na tok spraw i wydarzeń był znikomy. Złośliwi nie bez kozery mawiali o nim: król numer piętnaście, bo chyba najbardziej numeracją sławnego imienia się wyróżnił.

Od biedy mógł, wszakże funkcjonować na zasadzie takiej, jak Ludwik XIII, gdyby nie to, że zabrakło sternika Francji o wymiarze Richelieu'go. Zamiast tego było pełno karierowiczów, nieudacz­ników lub metres. Racja stanu utonęła w powodzi intryg, plotek i skandali. Upadł gwałtownie autorytet monarchii w opinii publicz­nej, dwór tracił oparcie w łonie najprężniejszej nowej warstwy -burżuazji oraz w elitach intelektualnych. Podcięte zostały korzenie absolutyzmu, a ekonomiczny rozwój kraju odbywał się wbrew Wersalowi i jego adherentom.

Nie chcę w tym niewielkim szkicu poruszać szerszych kwestii społeczno-ekonomicznych, skupiając się jedynie na osobie mo­narchy, warto jednak zauważyć, że już za Ludwika XV rozpoczął się rozkład ancien regimentu, co w piętnaście lat po jego zgonie doprowadziło do rewolucji. W procesie tej destrukcji król miał swój znaczny udział. Myślę, że wina jego i jego otoczenia polegała przede wszystkim na tolerowaniu, zaprowadzaniu i pogłębianiu anarchii, chaosu i prywaty. Wszystko: politykę zagraniczną, wew­nętrzną, finanse itd. - prowadzono byle jak, bez wyobraźni, bez planu, ładu, składu i koncepcji. Miotano się od przypadku do przypadku, od koncepcji jednej faworyty do koncepcji któregoś z kolei faworyta innej faworyty. Sam król często mawiał na poły cynicznie, na poły dziecinnie: Apres nous le deluge (po nas choćby potop). Mówiąc "my" (nous) miał oczywiście - stosując tzw. pluralis maiestatis - na myśli nie naród czy nawet własny dwór, ale samego siebie, władcę absolutnego. Za tę beztroskę pana Wersalu przyszło krajowi drogo zapłacić.

Ludwik nie od razu dał się poznać od złej strony. Był bardzo obiecującym dzieckiem i młodzieńcem, kochanym przez salony i przez gawiedź uliczną. Francuzi nazywali go "umiłowany". Był nadzieją Burbonów, witano w nim nowego Króla Słońce, ale w bardziej ludzkim i sympatycznym wydaniu. Jako chłopiec był wątły i chorowity, toteż wszyscy bardzo się nim przejmowali.

Stary Ludwik XIV powierzył w swym testamencie opiekę nad prawnukiem trzem swym bastardom, nie chcąc dopuścić do władzy swego bratanka, hulaki i awanturnika, Filipa księcia Orleańskiego, formalnego prezesa Rady Regencyjnej. Testament Ludwikowy wyraźnie mówił, że gremium to ma decydować o wszelkich spra­wach wagi państwowej większością głosów, "tak, aby diuk orleański, szef Rady, nie mógł sam i na mocy swej osobistej władzy" sterować rządem. Filip pochodził ze wspomnianej wyżej bocznej linii Burbonów, rezydującej w paryskim Palais Royal i zawsze krnąbrnej wobec kuzynów. Był on wnukiem słynnego Gastona, który ongiś tyle kłopotów sprawiał Ludwikowi XIII. We wrześniu 1715 roku był ewidentnie najpoważniejszym pretendentem do funkcji rzeczywis­tego regenta. Już 2 września obalił testament stryja, dogadując się z parlamentem paryskim. Ten ostatni - o ironio! - zemścił się na swym prześladowcy po jego śmierci: tyle razy Ludwik "Wielki" upokarzał parlament, obecnie ciało to zakwestionowało wolę autokraty.

Kompromis między Orleańczykiem, który został regentem, a ciałami ustawodawczo-opiniodawczymi polegał na tym, że w za­mian za uznanie jego władzy poważnie złagodził reżim absolutystyczny. Parlamenty znów dostały prawo remonstracji dekretów monarszych. Arystokracja podniosła wysoko głowę. Regent nie znosił stryja i obalił większość jego zasad w rządzeniu krajem: spadła do minimum rola intendentów, urosły Rady, panoszyli się "szlachetnie urodzeni" pokroju wspomnianego już Saint-Simona, który obok kardynała Dubois (karierowicza bez święceń kapłańskich, które "nadrobił" po dojściu do władzy) grał pierwsze skrzypce u boku regenta.

Sam Filip (1674-1723) prowadził skrajnie amoralny i hulaszczy tryb życia, był miernym politykiem o dużych skłonnościach do prywaty i awanturnictwa. Głównym motywem jego panowania stała się rywalizacja z Filipem V hiszpańskim, którego uważał (częściowo słusznie) za konkurenta w walce o władzę nad Francją. Poszła za tym błędna - sprzeczna z francuską racją stanu - poli­tyka zagraniczna: zbliżenie do Anglii i Holandii, a nawet Austrii, przeciw Hiszpanii. Polityka ta zaowocowała dwoma tzw. traktata­mi haskimi, poprzedzonymi ściśle tajnymi negocjacjami między kardynałem Dubois a czołowym politykiem brytyjskim z rządzącej wówczas ekipy wigów (liberałów), Jamesem Stanhopem.

W stolicy Holandii dogadali się najpierw Anglicy z Francuza­mi w grudniu 1716 roku, potem doszli Holendrzy w styczniu 1717 roku. Było to pierwsze z całej serii odwrócenie przymierzy, rzecz dla dyplomacji osiemnastowiecznej tak bardzo charakterystyczna. Nie było ono tak spektakularne, jak późniejsze wolty rozmaitych państw, bo nie wiązało się z konkretną wojną czy konfliktem oraz było negocjowane w sekrecie. Powody podpisania przez Regencję traktatów haskich nie są całkiem jasne. Grało tu rolę kilka elemen­tów przyczynowych.

Po pierwsze, regent francuski był wrogiem zasad stryja i w ogóle całej linii politycznej Burbonów "właściwych". Chciał naj­prawdopodobniej usadowić Orleanów na tronie paryskim. Wiązała się z tym kwestia swoistej solidarności z koroną Anglii, w tym konkretnym momencie. Od 1714 roku bowiem w Londynie panowali władcy z dynastii hanowerskiej (elektor Hanoweru Jerzy zasiadł na tronie jako Jerzy I), jeszcze słabo trzymającej się w siodle. Hanowerczyków popierali wigowie, którzy utworzyli wówczas rząd, podczas gdy torysi (późniejsi konserwatyści) skłaniali się ku wygnanym do Francji potomkom Stuartów.

To właśnie ci ostatni zawsze znajdowali ciepłe przyjęcie u Ludwika XIV w Wersalu. Teraz Orleańczyk zrywał z nimi i popie­rał świeżo upieczonych hanowerczyków, których sytuacja była jak mu się zdawało - analogiczna do jego własnej. Była to strategia krótkowzroczna i po prostu naiwna. Nie przyniosła mu też popu­larności w społeczeństwie, skoro większość francuskiej opinii pub­licznej odczytywała traktaty haskie jako zaprzedanie interesów kraju rojeniom dynastycznym. Podobnie notabene jak za Kanałem, gdzie sceptycznie postrzegano taktykę elektora, polegającą na załatwianiu swych porachunków w Niemczech rękami dyplomacji angielskiej. Chodziło tu zwłaszcza o zbliżenie Paryża i Londynu w obliczu panoszenia się cara Rosji Piotra I w centralnej Europie (Polska, Niemcy), gdyż ten zaczął nawet ingerować w niektóre sprawy księstw Rzeszy.

Z pewnością nagły i gwałtowny wzrost potęgi Rosji mógł niepokoić tak Paryż, jak i Londyn, ale mimo wszystko były to sprawy dość odległe od rzeczywistych interesów obu państw. Zresztą Filip Orleański serdecznie i wystawnie podejmował w Paryżu i Wersalu - w imieniu małego Ludwika XV - mocarza z Petersburga, który w swych podróżniczych zapędach zawitał i nad Sekwanę. Dlatego też w procesie zbliżenia francusko-angielskie­go największą bodaj rolę odgrywała kwestia utrzymania sytuacji międzynarodowej wytworzonej po pokoju w Utrechcie w 1713 roku.

Taki koniunkturalny sojusz Orleańczyka z Brytyjczykami był szkodliwy, bo interesy Londynu i Paryża były antagonistyczne, zwłaszcza w koloniach (Kanada, Indie). "Perfidny Albion" usypiał tylko czujność Wersalu, kierując go przeciwko burbońskim po­bratymcom zza Pirenejów i wikłając w wojny na Starym Kontynen­cie. Tymczasem Anglicy rok po roku umacniali dominację morską i kolonialną tudzież powiększali swe bogactwa.

Przedmiotem silnej rywalizacji francusko-angielskiej w pierw­szej połowie XVIII stulecia stawały się powoli Indie. Nie były one jeszcze wcale "perłą w koronie" brytyjskiej. W latach siedem­dziesiątych XVII wieku dotarli tam Francuzi, zakładając szereg nieźle prosperujących faktorii handlowych. W 1674 roku powstał duży port francuski Pondichery. Były też faktorie w Bengalu i na Wybrzeżu Malabarskim. Anglicy i Francuzi wykorzystywali to, że miejscowi książęta hinduscy walczyli między sobą. W swej głupocie i naiw­ności władcy owi wzywali już to Francuzów, już to Anglików na pomoc przeciw pobratymcom. W perspektywie doprowadzało to do anarchii politycznej w Indiach i zwiększenia roli Europejczy­ków, podburzających perfidnie tubylców do wzajemnych waśni. Zaznaczyć przy tym trzeba, że Anglicy postępowali w Indiach o wiele zręczniej i przemyślniej niż Francuzi. Byli też szybsi i obrotniejsi. Toteż niemal od początku wiedli oni prym w kolonizacji Indii, wypierając rywali.

Anglikom udało się odwrócić uwagę regenta od kolonii i - co więcej - ukierunkować jego politykę przeciwko naturalnym wię­ziom z Madrytem. Do "trójprzymierza" z 1717 roku w roku następ­nym doszła jeszcze Austria, którą trudno było przecież posądzić o sympatie profrancuskie. "Czwór-przymierze" zmusiło w 1720 roku, w specjalnym traktacie, Filipa V Burbona do definitywnego zrze­czenia się wszelkich pretensji do korony francuskiej. Można się było domyślać, jaką uciechę mieli ministrowie i dworacy nad Tamizą i nad Dunajem, skoro francuskimi rękami udało się im odbudować pirenejski bastion.

Fatalne rojenia regenta odbiły się też i na gospodarce fran­cuskiej. Symbolem awanturnictwa w ekonomii stał się forytowany przez Regencję "cudotwórca", pseudo-ekonomista i szarlatan, Szkot John Law, który na pewien czas zrujnował finanse kraju, i tak będące w mocno kiepskim stanie. Obiecywał on mianowicie uzdrowienie systemu pieniężnego na zasadzie kredytu i papiero­wych obligacji; zamiast złotego kruszcu ordynował bankom pa­pierowe, to jest fikcyjne bogactwa.

Sprawa miała zresztą szerszy wydźwięk, bo metody Lawa (1671-1729) były charakterystyczne dla ówczesnej Anglii i częś­ciowo Holandii, gdzie zdarzały się analogiczne kryzysy finansowe. Były one przejawem czegoś, co wybitny badacz XVIII wieku Ema­nuel Rostworowski, nazwał "chorobą dziecięcą wczesnego ka­pitalizmu". Chodzi tu przede wszystkim o szał czy gorączkę spekulacji akcjami nie mającymi rzeczywistego pokrycia finanso­wego, to jest w kruszcu. Są to sprawy skomplikowane i do dziś budzące kontrowersje wśród specjalistów, tak historyków, jak i ekonomistów. Także i ocena Lawa budzi spory, choć przeważają opinie negatywne.

Najkrócej i najprościej ujmując, chodziło o optymalne zre­dukowanie długu państwowego (publicznego), który po wojnie sukcesyjnej hiszpańskiej osiągnął w Anglii i Francji gigantyczne rozmiary. Zaczęło się od Anglii, gdzie dług ów potraktowano jako "fundusz kredytowy", przeznaczony na finansowanie przedsię­biorstw handlowych. Przyszłe ich zyski miały umożliwić umorzenie długu. Jako takie właśnie przedsiębiorstwo handlowe została utwo­rzona w 1711 roku w Londynie Kompania Mórz Południowych (w celu ciągnięcia zysków z handlu z Ameryką Łacińską), która przejęła cały brytyjski dług publiczny. Wypuściła akcje, które stały się wkrót­ce przedmiotem gwałtownej i dzikiej spekulacji. Na bazie przysz­łych, czyli de facto fikcyjnych zysków, zapanował w Anglii swoisty "szał" spekulacyjny. Skończyło się tym, czym musiało się skończyć, to jest bankructwem oszukańczego przedsięwzięcia. W 1720 roku nastąpił gwałtowny spadek kursu akcji. Powiązanie Kompanii Mórz Południowych ze sferami politycznymi wigów doprowadziło też do afery rządowej i kompromitacji wielu działaczy tej partii.

Do wzorów brytyjskich sięgnął regent Filip. W efekcie wojen Ludwika XIV francuski dług państwowy osiągnął monstrualną wartość około 2382 milionów liwrów (ówczesna waluta francus­ka), gdy roczny przychód budżetu wynosił wówczas około 100 mi­lionów liwrów. W takiej dramatycznej sytuacji stojący u progu bankructwa Filip sięgnął po pomoc wspomnianego Lawa, który zdawał mu się chyba wysłannikiem niebios. Tenże Szkot już w latach 1705-1707 w swych pismach propagował wyższość pienią­dza papierowego nad kruszcowym. Zalecał tedy szybki obieg pa­pierów wartościowych.

W 1715 roku pojawił się we Francji i przedstawił Filipowi swój projekt "nowego systemu finansów" państwa. Regent był z po­czątku dość ostrożny, bo zezwolił mu tylko na próbne założenie prywatnego banku akcyjnego z prawem emisji banknotów. Law sukcesywnie rósł, bo w 1717 roku założył na modłę angielską tzw. Kompanię Zachodnią dla handlu z Ameryką Północną. Chodziło przede wszystkim o Luizjanę, znaczny obszar w dolinie rzek Missi­sipi i Missouri, nazwany tak na cześć Ludwika XIV przez koloni­zatorów francuskich, którzy sięgali stopniowo w głąb Ameryki. Pokryciem dla akcji wspomnianej Kompanii miały stać się w przy­szłości spodziewane wysokie zyski z handlu z Luizjaną. Ale hand­el ten jeszcze w ogóle nie istniał. Wszystko było tedy przysło­wiowym domem zbudowanym na piasku. Law powiększał wszak swe wpływy i założył jeszcze dodatkowo Kompanię Indyjską (czym oczywiście rozjuszył Anglików). Apogeum kariery osiągnął w 1720 roku, gdy regent mianował go ministrem skarbu (generalnym kontrolerem finansów). Występował w roli "drugiego Colberta". Akcje Kompanii Zachodniej rosły do ogromnych wartości; i tak na przykład w kulminacyjnym momencie za jedną taką akcję o nomi­nalnej wartości 500 liwrów płacono 18 tysięcy liwrów.

Koniec Lawa był już jednak bliski. Jeszcze w tym samym roku zbankrutował, powtarzając wariant angielski (coś podobnego zda­rzyło się, choć w mniejszej skali, w Holandii). W 1721 roku uciekł z Francji, ale skutki jego działalności okazały się fatalne dla gospo­darki tego kraju jeszcze w ciągu kilku dziesięcioleci. Na siedem­dziesiąt lat zniechęcił on Francuzów do banków państwowych.

Afera Lawa nie przysporzyła popularności i tak nielubianemu regentowi. Żył jeszcze dwa lata. Miał sporo planów na przyszłość, ale 2 grudnia 1723 roku nagle zmarł. Powalił go wylew krwi do mózgu. Jedyną w jakimś sensie pozytywną po nim pamiątką jest tzw. styl Regencji w sztuce, malarstwie i architekturze - a także w sferze obyczajowej i intelektualnej. Firmował on jednak raczej ów nurt swą personą, niż go realnie tworzył. Kwitła rokokowa kultura salonowa, libertynizm intelektualny i obyczajowy, powstały zalążki Oświecenia, do czego przyczyniła się niewątpliwie pewna swoboda myśli, słowa oraz druku.

Generalnie wszak - w sferze politycznej i ekonomicznej -okres Regencji to regres w stosunku do panowania Ludwika "Wiel­kiego". Okres bylejakości i awanturnictwa, prywaty i rozprzężenia.

W cieniu tych nieudolnych rządów wychowywał się Ludwik XV. Regent Filip i kardynał Dubois (któremu zdawało się, że jest kardynałem Richelieu) powierzyli naukę króla sztabowi precep­torów, z biskupem Fréjus (Andre de Fleury, 1652-1743) na czele.

Fleury był mądrym i uczonym człowiekiem. Ludwik wiele przy nim mógł skorzystać, szybko polubił swego mistrza i nabrał doń zaufania. To właśnie Fleury - już jako kardynał - będzie kierował krajem w latach 1726-1743, będąc jedynym wybitnym politykiem w okresie panowania Ludwika. Młodzieniec otrzymał gruntowne wy­kształcenie (szczególnie w zakresie łaciny klasycznej i historii), celował w geografii. W 1722 roku wraz z koronacją zaczęto też przy­sposabiać go do spraw państwowych (dyplomacja, administracja). Nie był wszak intelektualnie zbyt błyskotliwy, wolał zabawy na świeżym powietrzu.

Pod koniec życia regent powrócił do absolutyzmu w polityce wewnętrznej oraz do pro hiszpańskiej polityki zagranicznej. W 1722 roku zaręczono Ludwika z pięcioletnią infantką hiszpańską. Zamieszanie w polityce francuskiej trwało nadal po nagłym zgonie regenta i kardynała Dubois w 1723 roku, gdy ster dostał w swe ręce książę Henryk de Bourbon de Condé (wnuk wielkiego Kondeusza).

Piastował on przez trzy lata funkcję pierwszego ministra królewskiego. Potężny wpływ na władzę zdobyła przy tym jego metresa, markiza de Prie; jej nieudolne i intryganckie rządy stały się prologiem późniejszego sabatu faworyt króla Ludwika. Ona to - kierując się ambicjonalnymi osobistymi pobudkami - zerwała zaręczyny Ludwika z infantką (co doprowadziło do ostrego kilkuletniego kryzysu dyplomatycznego francusko-hiszpańskiego). Zadecydowała ona w 1725 roku, że królową Francji zostanie córka wojewody poznańskiego Stanisława Leszczyńskiego (1677-1766) - Maria Leszczyńska (1703-1768).

Leszczyński żył wówczas w Wissemburgu w Alzacji z pensji francuskiej (tudzież majątku żony), jako zausznik Wersalu i ewen­tualny pretendent do tronu polskiego. Ów magnat wielkopolski był już bowiem uprzednio, od 1704 do 1709 roku, nominalnym królem Polski z nadania Karola XII szwedzkiego. Jego pozycja była wtedy słaba i opierała się tak naprawdę niemal wyłącznie na bagnetach szwedzkich. Również Francuzi z nim sympatyzowali, bo był kontrkandydatem Augusta II "Mocnego", Sasa, protegowa­nego Rosji i Austrii.

Zarzewiem konfliktu Francuzów z dynastią saską Wettinów o tron polski była sprawa księcia de Conti z roku 1697. Po zgonie Jana III Sobieskiego nastąpiła w Warszawie podwójna elekcja. Większość magnackich potentatów poparła kandydaturę księcia Francois Louis de Bourbon de Conti (1664-1709), pochodzącego z bocznej linii Burbonów i bardzo gorąco popieranego przez Ludwika XIV. Wersal wydał wtedy na elekcję polską olbrzymie pieniądze. Prymas Polski Radziejowski oraz Sapiehowie i Lubomirscy byli całkowicie po stronie Contiego. Kontrkandydatem po­pieranym przez wrogą Francji koalicję państw (Anglię, Holandię, Rosję, Prusy i Austrię) był wspomniany elektor saski. W Rzeczy­pospolitej panował chaos. Decydowały obce armie.

Sprawę przeto zaprzepaścili nie tyle polscy adherenci Paryża, ile sami Francuzi. Przysłane via Gdańsk ich wojsko (wraz z samym niefortunnym elektem) zostało szybko przepędzone z powrotem i w ten sposób plan Ludwika XIV spalił na panewce. Sprawy polskie wszak były nad Sekwaną, tradycyjnie już, przez cały czas pilnie i czujnie śledzone. Obserwowano zwłaszcza bacznie Leszczyńskiego.

Postać teścia Ludwika XV pojawiła się na scenie politycznej po raz pierwszy w czasie tzw. wielkiej wojny północnej, w 1704 roku. Konfliktów, rozgrywający się na wielkich przestrzeniach Europy Wschodniej w latach 1700-1721, a więc paralelny czasowo do wojny sukcesyjnej hiszpańskiej, był sporem między Szwecją Ka­rola XII a Rosją Piotra I o dominację w tej części Europy. Obcho­dził on Francję tylko pośrednio, inaczej być nie mogło, ale jednak obchodził. Gdy Szwedzi zajęli Polskę i część Rzeszy, na tronie warszawskim usadowili Leszczyńskiego, a Sasa przepędzono. Wła­dza wojewody poznańskiego skończyła się w 1709 roku wraz z klęską Szwedów w Rosji. Problem pretendenta Leszczyńskiego wszak pozostał. Przygarnęli go Francuzi jako poważny i wygodny atut w przyszłej ewentualnej batalii o tron polski. Maria Leszczyńska była przy innych licznych kandydatkach na królową Francji, pochodzą­cych z prastarych i świetnych królewskich i cesarskich rodów - kimś w rodzaju Kopciuszka. Był to jednak kaprys madame de Prie. Cała Francja była zaskoczona i nawet oburzona, ale rychło nowa królo­wa pozyskała serca społeczeństwa i dworu. Odbyły się de facto dwa śluby. Pierwszy - per procura - w Strasburgu w sierpniu 1725 roku, tak że Maria jechała przez północno-wschodnią Francję już jako kró­lowa; drugi - w kaplicy zamkowej w Fontainebleau 3 (5?) września. Monarszy związek pobłogosławił kardynał de Rohan.

Królowa Maria - dość urodziwa, z natury cicha i spokojna, nie narzucająca się, pozbawiona egzaltacji, dobrze wychowana, o nie­nagannych manierach - prowadziła wysoce moralny tryb życia i rychło zdobyła autorytet i uznanie. W późniejszych latach jej po­stawa wyraźnie kontrastowała z rozpasanym życiem dworu, toteż do dziś cieszy się raczej dość dobrą opinią u historyków.

W chwili ślubu Ludwik miał lat piętnaście, Maria dwadzieścia dwa. Stali się niemal wzorowym małżeństwem. W ciągu dwunastu lat po ślubie Maria dała królowi dziesięcioro dzieci (siedmioro przeżyło dzieciństwo), wśród nich najważniejszego delfina Ludwi­ka w 1729 roku. Przez ten okres Ludwik zachowywał się zupełnie przykładnie i spokojnie i nic nie zapowiadało jego późniejszych ekscesów obyczajowych i moralnych. Czasy metres miały dopiero nadejść.

W 1726 roku król za radą swego mentora, kardynała de Fleury, usunął Henryka de Bourbon, zaprowadzając "rządy osobiste". Ta szumna zapowiedź a la Ludwik XIV miała się jednak nijak do rzeczywistości, bo de facto rządził kardynał. Był on wówczas star­cem siedemdziesięcioletnim, przez co nie mógł w pełni skutecznie sprawować władzy. Być może gdyby był młodszy, jego rola do­równałaby roli Richelieugo lub Mazariniego. I tak jednak lata 1726-1743 były czasem względnej prosperity kraju, zarówno na polu ekonomicznym, jak dyplomatycznym i militarnym.

Starzec starał się umacniać absolutyzm, opierając się starym sposobem Ludwika XIV na noblessede robe i burżuazji. Ograniczał rolę arystokracji. Była to więc restauracja porządków i zasad Ludwika "Wielkiego". W polityce kościelnej zwalczał tzw. janse­nistów (skrajny "ludowy" odłam Kościoła, zwrócony przeciw hie­rarchii), popierał gallikanizm. Ożywiła się wreszcie około 1730 roku koniunktura gospodarcza, kraj bogacił się, w 1726 roku nastąpiła reforma walutowa. Wszystko to jednak miało chwiejny, przejściowy charakter, tak jak i osoba purpurata.

Fleury wspierał handel, zwłaszcza morski, co nie mogło budzić zachwytu w Anglii. Jednakże przezorny minister właśnie dlatego dbał o względnie dobre stosunki z Albionem, unikając raczej poważniejszych wojen i konfliktów międzynarodowych. Do Colber-towskich świetlanych tradycji nawiązywał sojusznik i współpra­cownik kardynała, Philibert Orry, hrabia de Vignory (1689-1747), kierujący resortem finansów od 1730 do 1745 roku. Po wielkim regresie lat dwudziestych budowano sieć transportową, remontu­jąc drogi i mosty. Co więcej, oszczędna polityka finansowa kardy­nała i Orry'ego doprowadziła do wielkiego sukcesu, to jest do nadwyżki budżetowej, rzeczy we Francji od niemal pięćdziesięciu lat nieosiągalnej!

Połowiczność i pewną słabość polityki kardynała na gruncie zagranicznym pokazała tzw. wojna sukcesyjna polska. Wojna ta tylko z nazwy toczyła się o polskie sprawy. Fleury chciał uzyskać Lotaryngię na stałe, jako integralną część Francji, bowiem po­siadłości austriackie zagradzały mu tam drogę do francuskiej Alza­cji ze Strasburgiem. W tym celu dążył do optymalnego związania sił Austrii w Polsce. Poparcie Wersalu dla Leszczyńskiego, po zgonie Augusta II Sasa, było oczywiste, acz Fleury niedostatecznie energicznie działał w kierunku osadzenia go w Warszawie. Dlacze­go? Wydaje się, że Francja miała za mało siły, a Polska była za daleko, by wbrew wszystkim niemal sąsiadom Rzeczypospolitej (prócz Turcji) lansować z powodzeniem kandydaturę francuską. Skoro takiemu mocarzowi jak Ludwik XIV nie udało się zdobyć dla Francuza tronu polskiego, to jakże mógł dokonać tego stary i osłabiony Fleury?

Kandydatem Saksonii, Rosji i Austrii do tronu Polski był syn zmarłego władcy, August III "Sas". Batalia w Polsce w 1733 roku była krótka i Leszczyński powrócił do Francji. Maleńki kontyngent wojsk francuskich nie wystarczył, aby osadzić go na tronie. Mizerna to była pomoc dla królewskiego teścia.

Tymczasem Francja wypowiedziała wojnę Austrii pod pre­tekstem obrony Leszczyńskiego. W wyniku "wojny polskiej" Eu­ropa podzieliła się na dwa bloki: francusko-hiszpańsko-turecko-szwedzki oraz angielsko-austriacko-rosyjski. Francuzom udało się zająć Lotaryngię i w 1735 roku stanął traktat wiedeński, postanawia­jący, że Leszczyński w zamian za rezygnację z tronu polskiego zostanie dożywotnim księciem Lotaryngii (w 1766 roku po jego zgo­nie kraj ten wcielono bezpośrednio do Francji) oraz że Wersal uzna "sankcję pragmatyczną", czyli prawo żeńskiej linii Habsbur­gów do tronu cesarskiego po śmierci Karola VI. Postanowienia te raz jeszcze potwierdzono uroczyście w traktacie z 1738 roku.

Jak widać, Leszczyński przydał się Francji. Jeszcze przez trzy­dzieści lat rządził w Lotaryngii, zapisując się w pamięci miejscowej ludności jako "dobry król Stanisław". Do tej pory ma w Nancy, stolicy regionu, wspaniały pomnik. Przyczynił się walnie do integ­racji tej krainy z resztą Francji. A w Polsce nadal rządzili Sasi i Rosjanie.

Za panowania Ludwika XV Francuzi wielokrotnie układali jakieś plany polskie. Ich wizja od dwustu niemal lat zakładała utworzenie we wschodniej Europie profrancuskiego bloku, zło­żonego z Polski, Turcji i Szwecji. Skierowany byłby oczywiście przeciw Habsburgom, ale i - od początku XVIII wieku - przeciw Rosji. W czasach Ludwika XV główny minus tej kombinacji polegał na tym, że te trzy kraje nie były już mocarstwami, a wyniszczyły się w dużym stopniu we wzajemnych walkach. Waśnie ustały - co było dla Wersalu pocieszające - ale z Polaków, Turków i Szwedów po­żytku dużego i tak nie było. Pozostawała także i alternatywa ro­syjska. Już przecież regent Filip Orleański szukał zbliżenia z caratem. Była to wszak jeszcze sprawa przyszłości.

Druga połowa lat trzydziestych to zmiana osobowości Lud­wika XV w kierunku zdecydowanie negatywnym. Podczas gdy kardynał rządził, król próżnował i szukał dla siebie miejsca. Stał się leniwy, nie zajmował się prawie wcale sprawami państwowymi. Zamiast tego polował, organizował wystawne biesiady (jadł bar­dzo dużo i łapczywie) suto zakrapiane winem. Nieustannym za­bawom towarzyszyć poczęły flirty, potem romanse. Był wysoki, postawny, bardzo przystojny, szalenie podobał się kobietom. Jako rasowy Burbon miał duży temperament erotyczny. I tak to się zaczęło.

Atmosfera obyczajowa była na dworze francuskim nader swobodna już od wielu dziesięcioleci, jednak pogłębił to jeszcze okres Regencji i wzrost oświeceniowych tendencji libertyńskich. Prze­stawały się dla elit liczyć zasady etyczne, wskazania Kościoła, zanikały autorytety. Pierwszymi (odnotowanymi przez historyków) metresami króla były trzy siostry de Nesle, damy dworu królowej Marii Leszczyńskiej. Po pewnym czasie Ludwik przeniósł zaintere­sowanie z pierwszej z sióstr - pani de Mailly - na drugą - panią de Chateauroux, itd.

Przy tym król, zanim stał się skończonym cynikiem, na po­czątku zachowywał się dziwacznie, dramatyzował, histeryzował. Miotając się między słabościami i żądzami a wyrzutami sumienia, już to zdradzał żonę, już to przepraszał ją gorąco, spowiadał się, kajał. Był wyraźnie kapryśny, zmienny, nerwowy. Brakowało mu siły charakteru i woli wielkiego pradziada.

Wydaje się, że postępowanie Ludwika XV wynikało ze słabości charakteru. Na pewno był leniwym sybarytą, ale czy był do cna cyniczny? Cynizm jest cechą ludzi twardych. Był raczej tchórz­liwym, zakompleksionym histerykiem, niepewnym samego siebie, próbującym w nieustannych uciechach zapomnieć o problemach życia. Sądzę, że istotą tego królewskiego dramatu była świadomość, że on - Ludwik XV, władca absolutny - nie dorasta do swej roli, do wagi problemów, do pozycji pradziada.

Nie dorastał do swej roli, bo zabrakło mu po prostu odpowied­niej inteligencji i żelaznej woli panowania. Zasadnicza różnica między osobowościami Ludwika XIV i Ludwika XV polegała tym, że pierwszy lubił przepych, kobiety i etykietę, ale rządził sam, pracując niezmordowanie i trzymając wszystko w ręku; drugi lubił to samo, ale niemal w ogóle nie pracował, co gorsza, zdał się na faworyty oraz faworytów swych faworyt. Stanęło to na porządku dziennym zaraz po śmierci kardynała Fleury w 1743 roku.

Maria Leszczyńska zdążyła już przyzwyczaić się do przelot­nych miłostek męża i jego "sezonowych" metres, gdy ku powszech­nemu zaskoczeniu i zgorszeniu pojawiła się na horyzoncie pani de Pompadour. Kobieta ta z czasem stała się większa niż sama kró­lowa, większa niż najpotężniejsi ministrowie i wodzowie armii; usta­lała kierunki polityki zagranicznej i trendy w sztuce. Jej pre­dyspozycje do tego były zróżnicowane. Obdarzona nader prze­ciętnym intelektem, w ogóle nie znała się na polityce, zwłaszcza zagranicznej, co miało kraj drogo kosztować. Uczestniczyła w większości posiedzeń Rady Królewskiej, ale chyba niewiele z nich rozumiała. Za to była niewątpliwie wrażliwa na sztukę, prezento­wała w tej materii niezły smak i gusta. Pomagała też czasami ludziom znacznie mądrzejszym od siebie (Choiseul, niektórzy lu­dzie "oświeceni"), ale jej rola polityczna przy królu była zdecydo­wanie negatywna.

Zanim król nadał jej tytuł markizy de Pompadour, dama ta nazywała się z domu Poisson (po francusku "ryba"), po mężu d'Étiolés. Wywodziła się z nizin społecznych, pewną pozycję zdo­była dzięki dużej urodzie i sprytowi. Była bowiem raczej sprytna, zaradna i obrotna niż inteligentna. Miała skłonność do przepychu, rozrzutności finansowej i intryg. Gdy poznała króla, miała dwa­dzieścia cztery lata. Było to w 1745 roku na balu maskowym w Wer­salu, wydanym na cześć delfina. Król miał trzydzieści pięć lat. Był załamany po śmierci ostatniej z sióstr de Neslé i w nowej znajo­mości znalazł ukojenie.

Bardzo szybko nowa faworyta przeprowadziła separację z mężem i bez żenady zamieszkała w Wersalu, piętro nad aparta­mentami króla. Wzbudziło to zgorszenie nawet w zdemoralizowa­nym światku dworskim. Maria Leszczyńska musiała zaakceptować całą sytuację i robić dobrą minę do złej gry. Przez dziewiętnaście lat Pompadour odgrywała główną rolę na dworze, choć o swą pozycję musiała permanentnie walczyć. Przez pierwsze pięć lat była kochanką króla, potem - gdy zaczął już ją zdradzać - stała się jego przyjaciółką i powiernicą. Słabeusz Ludwik XV zawsze musiał się na kimś opierać, najpierw był to Fleury, potem Pompadour. Markiza nie była lubiana, krytykowano ją za niesłychany przepych i rozrzutność, za intryganckie "babskie rządy". Cały czas na dworze toczyła się walka koterii "dewotów" (Leszczyńska, jej syn delfin Ludwik i ich adherenci) i "filozofów" (libertyni z kręgu "oświeco­nych", antyklerykałowie, z Pompadour na czele).

Król tymczasem przypatrywał się temu biernie, hołdując wyszukanemu ceremoniałowi i etykiecie. Nastąpił tu wyraźny przerost formy nad treścią. Władca wstawał późno, przewracając się do­słownie w ciżbie dworaków w swych szlafrokach i kamizelkach. Potem następował bardzo obfity posiłek, potem gonitwy i polowa­nia, na koniec bale, maskarady i przyjęcia. I tak mu dzień schodził. Wieczorem i w nocy król odstawiał swoisty cyrk: wsuwał się "oficjalnie" pod baldachim łoża monarszego, a gdy tylko pozbył się kamerdynerów, lokajów, pokojówek etc., udawał się do aparta­mentów madame de Pompadour lub innej wybranki losu.

Wszystko to musiało się odbić na toku spraw państwowych, a w szczególności na polityce zagranicznej. Zaczęło się od tzw. wojny o sukcesję austriacką. Na różnych frontach Europy trwała ona już od 1740 roku, od zajęcia Śląska przez Fryderyka II pruskiego, aczkol­wiek dla Francji zaczęła się w 1744 roku.

Starzec Fleury unikał jak ognia bezpośredniego wplątywania się Francji w konflikty europejskie, bo odwracało to uwagę od kolonii, mórz i oceanów, gdzie tymczasem korzystali przebiegli Anglicy. Preferował inne metody, bardziej zakulisowego umacnia­nia pozycji politycznej i prestiżu Francji w Europie.

Postanowił pójść chyba za wzorami angielskimi i podjudzać nawzajem przeciw sobie różne państwa. Przełom lat trzydziestych i czterdziestych pokazał próbę wykorzystania Turcji i Szwecji przeciw Rosji i Austrii. Nie zawsze z powodzeniem. W trzech różnych stolicach wysłannicy kardynała podjęli starania w tym kierunku. W Stambule doradzał sułtanowi ambasador markiz de Villenevue, w Sztokholmie hrabia de Saint-Severin, w Petersburgu działał energicznie markiz de La Chetardie. Największy sukces odniesiono w Turcji, gdzie armię szkolili francuscy doradcy wojs­kowi. Doprowadziło to w końcu lat trzydziestych do wojny Turków z Rosją i Austrią o posiadłości bałkańskie.

Turcy, usztywnieni przez Francuzów, nie tylko nie przegrali tej wojny, lecz odnieśli sukcesy. Pozwoliło to zawrzeć kompromisowy pokój w Belgradzie w 1739 roku Turcja nie ustąpiła Wiedniowi i Petersburgowi w południowo-wschodniej Europie i już samo to było korzystne dla Paryża. Nadto Francuzi otrzymali szerokie kon­cesje handlowe w Turcji tudzież prawo do opieki nad katolickimi ośrodkami kultu religijnego w tym państwie (tzw. miejsca święte).

Na odcinku szwedzkim nie poszło już. przebiegłemu kardyna­łowi lak gładko. La Chetardie zwalczał wprawdzie energicznie stronnictwo proniemieckie nad Newą, a Szwedów cały czas pod­burzano przeciw Rosji, lecz wojna szwedzko-rosyjska pokazała słabość niegdysiejszego północnego mocarstwa. Konflikt ów, w latach 1741-1743, skończył się porażką Sztokholmu.

Mądra i ostrożna polityka kardynała Fleury, oszczędzającego krew żołnierza francuskiego i nie angażującego się pochopnie w awantury kontynentalne, skończyła się wraz z jego śmiercią. Jesz­cze tuż przed nią starzec odradzał wejście w konflikt austriacki. Chodziło o poważne kłopoty młodej cesarzowej Marii Teresy Habsburg i jej małżonka Franciszka Stefana, księcia lotaryńskiego. Ostatni męski przedstawiciel wiedeńskiej dynastii Karol VI odszedł w 1740 roku, pozostawiając problem wspomnianej już "sank­cji pragmatycznej". Było więcej niż oczywiste, że różne księstwa Rzeszy oraz inni sąsiedzi monarchii habsburskiej wykorzystają sytuację i pod pozorem niemożności uznania praw córki zmarłego i jej męża do korony cesarskiej dokonają napadu na Austrię.

Sprawa była oczywiście nie lada gratką dla Francji, ale pod jednym warunkiem: że byłaby dobrze rozegrana. Tak się nie stało. Na razie wszak, w 1740 roku, Paryż pasywnie przyglądał się kłopotom Marii Teresy. W tymże roku tron pruski objął młody Fryderyk II, król-filozof, sympatyk Oświecenia, wielbiciel języka i kultury fran­cuskiej, przyjaciel Woltera i innych luminarzy "wieku świateł". Jego sympatie dla kultury francuskiej nie rzutowały jednak na politykę wobec Francji; jedynym kryterium była tu pruska racja stanu. Nikt nie spodziewał się, że dwudziestoośmioletni piękno­duch, prowincjonalny władca niewielkiego państewka (taki był wtedy status kraju Hohenzollernów) dokona czynów przemienia­jących politykę europejską, łamiących dotychczasowy układ sił. Także we Francji będzie się go długo pamiętać.

Fryderyk pierwszy dokonał rozbioru Austrii, wkraczając w grudniu na Śląsk. Wiosną 1741 roku dokonał czynu, który poruszył ówczesną opinię europejską: w bitwie niedaleko Wrocławia (Małujowice) pokonał armię austriacką i zajął całą prowincję. Naruszało to równowagę w Rzeszy i skłoniło inne państwa do akcji. Realna pers­pektywa rozbioru wrogiej od wieków monarchii ożywiła Francuzów, skłaniając dwór ku interwencji po stronie Fryderyka. Postulowano zwłaszcza zajęcie Belgii. Ludwik XV przychylał się początkowo do neutralnej opcji kardynała, ale po 1743 roku przyłączył się do większości, żądającej wojny.

Anglia w imię swej tradycyjnej polityki równowagi na konty­nencie wsparła Wiedeń finansowo i militarnie. Francja z kolei w 1744 roku zawarła sojusz z Fryderykiem II i zaatakowała austriackie Niderlandy. Wybuchła też wojna na morzach z Anglią oraz z Ho­landią. Francuzi bezmyślnie rozproszyli swe siły na kilku frontach i w rezultacie prawie wcale nie uzyskali profitów z tej walki. A mieli przecież niezłe atuty: dobrą armię, świetnych wodzów - księcia Maurycego de Saxe (Saskiego, bastarda króla Polski i Saksonii Augusta II "Mocnego") oraz admirała Josepha Dupleix w Indiach. Stratedzy ci walczyli na darmo, a główne korzyści z "wojny aust­riackiej" wyniósł Fryderyk II.

W roku 1744 Maurycy Saski wszedł zwycięsko do Belgii, a w 1746 roku zaatakował Holandię. Na morzu wiodło się Francuzom znacznie gorzej. W 1745 roku podjęto którąś już z kolei próbę de­santu w Brytanii, tym razem w imieniu pretendenta Karola Edwar­da Stuarta. Impreza wszak skończyła się fiaskiem; okazało się znowu, że flota angielska jest coraz silniejsza.

W rezultacie wojny 1744-1748 Francja nie uzyskała nic. Jej dyplomacja przeżywała regres, toteż nie było dobrych informacji o zamiarach, siłach i celach przeciwników. Przeceniając siły Brytyj­czyków, Francja zgodziła się na utrzymanie status quo ante helium. Na mocy niefortunnego pokoju w Akwizgranie z 28 października 1740 roku. Paryż rezygnował ze wszystkich zdobyczy terytorialnych. Społeczeństwo w mig zrozumiało sytuację i ukuto powiedzenie: travailler pour roi de Prusse (pracować dla króla pruskiego), które stało się wręcz przysłowiem. Nawet wśród stołecznego plebsu krążyło określenie "głupi jak pokój".

Jeszcze gorzej rozegrali Francuzi następny konflikt wojenny, wojnę siedmioletnią (1756-1763). Dając się wówczas wciągnąć w wyniszczającą wojnę kontynentalną, stracili większość imperium kolonialnego na rzecz Anglii (Kanada, Indie).

Rozpętana przez Anglików na początku 1756 roku perfidna int­ryga polegała na uwikłaniu Francji w wojnę w Rzeszy; oni sami tymczasem całkowicie skoncentrowali się na odebraniu Francuzom kolonii. Ładowali natomiast masy złota we Fryderyka II, który bił Francję i Austrię w Europie. Konsekwencją brytyjskiej taktyki odwrócenia uwagi było słynne odwrócenie sojuszy: w styczniu 1756 roku w Westminsterze stanął układ prusko-angielski, 1 maja zaś układ francusko-austriacki. Niewątpliwie był on zasługą ambasa­dora Marii Teresy w Wersalu, Wenzela Antona Kaunitza, później­szego kanclerza Austrii. Zręczny ten gracz wciągnął Francuzów do swych kombinacji, obiecując oddanie im Belgii w zamian za zdo­byty ponownie na Fryderyku pruskim Śląsk. Obiecanki te były przysłowiowymi gruszkami na wierzbie, a większość dyplomatów i opinii francuskiej nie miała zaufania do Wiednia.

Dominująca wszak na scenie wersalskiej pani de Pompadour sympatyzowała z Austrią, nie znosząc króla pruskiego, zresztą z całkowitą wzajemnością. Madame dała się naiwnie uwikłać i kraj na kilka lat pogrążył się w odmęty wyniszczającej wojny. Armia marszałka Soubisa i księcia d'Estrées wkroczyła do zachodniej Rzeszy dzieląc się na dwie części. Na skutek intryg dworskich wkrótce marszałka d'Estrées zastąpił książę de Richelieu (niestety, z wielkim kardynałem wspólne miał tylko nazwisko). Ten, zamiast prędko iść ku Saksonii, zajmował się łupieniem różnych obszarów Niemiec; w efekcie Fryderyk rozbił w perzynę armię Soubisa pod Rossbach 5 listopada 1757 roku.

Odwołanie Richelieugo na rzecz Clermonta niewiele już po­mogło. Francja rozpraszała swe siły i jeszcze raz została pobita przez Fryderyka w 1762 roku pod Kassel i Getyngą.

Tymczasem bezwzględny wróg Francji, premier brytyjski Wil­liam Pitt (starszy), zapragnął całkowicie wyrugować ją z kolonii. Opanowawszy sytuację na morzach, osiągnął ten cel. W 1759 roku padł Quebec, ostatnia twierdza francuska w Kanadzie, jak i w całej Ameryce Północnej. Francja straciła bowiem Kanadę, Luizjanę i Antyle. W 1761 roku z kolei nastąpił definitywny kres panowania Francji w Indiach (kapitulacja Pondichéry).

Bardziej przytomni politycy francuscy - jak szef dyplomacji Joachim de Bernis (1715-1794), prezentujący nastawienie propruskie i antyaustriackie - pragnęli czym prędzej zakończyć wojnę w Europie i uratować co się jeszcze da w koloniach. Już w 1758 roku de Bernis gorąco o to zabiegał, zyskując aplauz opinii publicznej. Atoli pani Pompadour brnęła w antypruską politykę wspierania Wied­nia. Jej protegowany, nowy minister spraw zagranicznych Etienne Choiseul (1719-1785), umysł ponadprzeciętny, ale nie tak bardzo, jak chcą niektórzy historycy, optował za sojuszem z Habsburgami. Efektem jego dogadania się z Kaunitzem był pakt wersalski w 1759 roku, w którym Francja zobowiązała się do niezawierania ze wspólnym wrogiem separatystycznego pokoju.

Pakt ten miał skutki zabójcze. Jeszcze przez trzy lata Francja na darmo biła się z Prusakami w Rzeszy. Nic to nie dało. Katas­trofalny pokój paryski, podpisany w Wersalu 10 lutego 1763 roku, sankcjonował utratę przez Francję Ludwika XV wszystkich kolo­nii z wyjątkiem Antyli. W Europie - paradoksalnie - znów "pra­cowano dla króla pruskiego", bo Fryderyk wygrał wojnę.

Niewielką dla Francuzów pociechą było, że stało się to nie za sprawą jego własnej potęgi militarnej (która się właśnie kończyła), ale w wyniku zatrzymania ofensywy Rosjan na Berlin, po śmierci carycy Elżbiety, nienawidzącej Prus. Jej następca, niezrównowa­żony psychicznie (delikatnie mówiąc) car Piotr III, był wielbicielem Fryderyka II i kazał wstrzymać działania wojenne. Był to - w historiografii niemieckiej - tzw. "cud domu brandenburskiego". Fryderyk znów odetchnął. Prusy krzepły, co już wkrótce odczuli na własnej skórze także i Francuzi.

Destrukcyjnie wpływająca na stan spraw kraju markiza Pom­padour zmarła wprawdzie w kwietniu 1764 roku, ale nie poprawiło to sytuacji wewnętrznej i zewnętrznej. W 1765 roku zmarł zaledwie trzydziestosześcioletni delfin Ludwik, w trzy lata potem zaś Maria Leszczyńska. Wpływ na króla uzyskała wówczas dwudziestopięcio­letnia kurtyzana z nizin społecznych, pani du Barry. Podsunął ją zdegenerowanemu Ludwikowi jej własny mąż. Dama ta zabrała się do rządzenia dworem na modłę panny Poisson, choć była od markizy znacznie głupsza i prymitywniejsza w gustach. Intrygi roz­pleniły się w trójnasób. Kiedy wierny proaustriackiej polityce Choiseul wyswatał nowego delfina - też Ludwika (wnuka króla) z córką Marii Teresy, Marią Antoniną, królewska metresa zaczęła zwalczać ten nowy układ na dworze. W 1770 roku odbył się ślub przyszłego Ludwika XVI (szesnaście lat) z Habsburżanką (lat piętnaście). Na uroczystych przyjęciach delfin tak się obżerał, że wywołał zgorszenie nawet samego dostojnego dziadka, znanego sybaryty. Zapowiadał się na jeszcze gorsze jego wydanie.

Zaraz po weselu rozpoczęła się walka podjazdowa między dwiema nader przedsiębiorczymi i ambitnym damulkami: Marią Antoniną i du Barry. Walka ta trwała cztery lata, do śmierci króla, kiedy to nowa władczyni zesłała metresę do klasztoru. Ciekawe, że obie panie połączył tragiczny koniec: gilotyna.

Choiseul okazał się raczej średnim strategiem, nader poło­wicznie i niekonsekwentnie realizującym francuską rację stanu. Usiłował osłabić rolę Rosji i Prus przez popieranie Polaków i łagodzenie postawy Wiednia. Robił to nieudolnie, w 1768 roku zosta­wiając na pastwę Rosjan konfederatów barskich, którym wcześniej w imieniu Ludwika XV sporo naobiecywał. Podobnie było z Tur­kami, też ledwie trzymającymi się przy życiu.

Po wojnie siedmioletniej zarysowała się wysoce dla Francji niekorzystna konfiguracja międzynarodowa we wschodniej i cen­tralnej Europie, oparta na zbliżeniu Prus Fryderyka II i Rosji Katarzyny II'. Oboje tych cynicznych i bezwzględnych władców umiało niesłychanie sprytnie pozyskiwać sympatię francuskiej "oświeconej" opinii publicznej, afiszując się swym podziwem dla kultury i języka francuskiego. Kontakty przebiegłego władcy z Poczdamu z Wolterem (gościł go nawet w swym pięknym pałacu Sanssouci), choć nie były pozbawione pewnych zgrzytów, procen­towały tak samo dla Prus, jak znajomość Katarzyny "Wielkiej" z Diderotem czy d'Alembertem. Wybitni intelektualiści francuscy łatwo dali się oszukać obu despotom. Doszło nawet do publicznego wychwalania ich rzekomych cnót, a carycę nazwano wręcz "Semiramidą Północy"!

Utrudniało to dyplomacji francuskiej obronę realnych intere­sów swego państwa, polegających na obronie istnienia Rzeczypo­spolitej oraz Turcji. Co gorsza, pobita Austria skłaniała się do układów z dwoma północnymi sąsiadami na bazie planów rozbio­ru Polski. Sytuacja była zresztą dość skomplikowana, a Choiseul nie bardzo się w jej niuansach orientował. Działania Francuzów były nadto niemrawe i nie skoordynowane w czasie. Wykazała to naj­dobitniej sprawa konfederacji barskiej i wojna Rosji z Turcją w latach 1768-1772.

"System północny" mocarstw, obejmujący Prusy i Rosję, znajdował poparcie Anglii. Starając się osłabić ten układ Choiseul namawiał nieustannie sułtana do wsparcia antyrosyjskiej opozycji w Polsce. Jednakże Turcja bała się takiej hegemonii Rosji, jaką ta posiadała już od czasów Piotra I i coraz bardziej powiększała; siły Stambułu były wszak za małe na otwartą interwencję w Polsce. Dlatego też Turcy nie pomogli konfederatom barskim, którzy wszczęli rozruchy na Podolu i Ukrainie w lutym 1768 roku.

Gdy wojsko carskie i powstańcy chłopscy zdusili już polski opór na Podolu, dopiero w październiku Turcy ruszyli "w obronie Polski". Rychło wszak - ku zgrozie Wersalu - sami potrzebowali szybkiej obrony, bo Rosjanie przepędzili ich nie tylko z Mołdawii, ale zajęli Bukareszt, osiągając linię Dunaju. Zajęli też tatarski Krym i dotarli do Morza Czarnego. Zrealizowały się odwieczne marzenia Moskwy, i to z nawiązką, bo nigdy przedtem Rosja nie sięgała tak daleko na południe. W wyniku wojny 1768-1772 o mały włos nie doszło do klęski Turcji i zajęcia przez Moskwę cieśnin (Bosforu i Dardaneli).

W obliczu klęski swych wschodnich sojuszników oraz wobec pomocy Anglików dla floty rosyjskiej Wersal postanowił mocniej wspomóc osłabionych i rozproszonych konfederatów polskich. W 1770 roku przysłano do Polski francuskich doradców wojskowych na czele z Charlesem Francoisem Dumouriezem (1739-1823), który stanie się głośny w dwadzieścia lat później, podczas rewolucji. Inny przedstawiciel tego samego pokolenia, i też sławny w latach dziewięćdziesiątych, Rosjanin Aleksander Suworow, pokonał go wszak w bitwie pod Lanckoroną w maju 1771 roku, co było faktycznym kresem pomocy francuskiej dla Polaków.

Intelektualiści francuscy nie rozumieli dramatu Polski. Wielki a naiwny politycznie Wolter kpił publicznie z konfederacji barskiej, traktując ją jako głupi wybryk nieokrzesanych pieniaczy i klerykałów (niemal całkiem tak samo oceniał to Fryderyk pruski). Nie­którzy tylko - jak choćby Rousseau - życzliwie postrzegali zryw polski.

Przyspieszył on decyzję Berlina i Petersburga o pierwszym rozbiorze Polski w 1772 roku. Nad Sekwaną nie zdawano sobie dokład­nie sprawy z konsekwencji tego faktu. Choiseul widział w nim akt rzekomej "równowagi" w Europie, bezwiednie przyczyniając się do zniszczenia profrancuskiego bastionu w Europie Wschodniej. Chodziło o to, że mocarstwa załatwiały kosztem ziem polskich swe porachunki. Francja i Austria (ta zbliżyła się nawet do Turcji) nie chciały wzrostu potęgi Prus i Rosji. Dlatego też, gdy Fryderyk II zażądał dla siebie Pomorza Gdańskiego, a Rosja północno-wschod­nich kresów Polski (nie mogąc przeciwstawić się uporczywym propozycjom berlińskiego sojusznika), Austria wysunęła pretensje do Galicji. I na tym polegała "równowaga". Niefortunny minister Ludwika XV jątrzył jednocześnie w Sztokholmie, celem podbu­rzenia Szwedów przeciw Rosji. W Paryżu przebywał szwedzki na­stępca tronu, który w 1771 roku został Gustawem III. Po objęciu władzy nie kwapił się on jednak do awantur z Petersburgiem.

Na koniec warto jeszcze rzec słów kilka o polityce wewnę­trznej Ludwika XV (jeśli taka w ogóle istniała?). W każdym razie o posunięciach przezeń firmowanych czy żyrowanych. Reżim tego władcy usiłował kontynuować absolutyzm, ale robiono to w sposób skrajnie nieudolny, niekonsekwentny i bałaganiarski. Król już to walczył z opozycją, już to jej ustępował, co - jak wiadomo - zawsze przynosi złe efekty. Kompromitacja dworu, w sensie tak obyczajowym, jak finansowym, doprowadziła do całkowitego upadku autorytetu władzy monarszej we Francji. Pieniądze państwowe trwonione były bezwstydnie na dworskie luksusy, nieudolnie pro­wadzone wojny albo poronione inwestycje.

Co najważniejsze jednak, przeciw reżimowi Ludwika stawać zaczęła ta grupa, która od dziesięcioleci była ostoją absolutyzmu burżuazja i noblcsse de robe. Eksponentem politycznym tej grupy stały się parlamenty, a orężem ideowym - Oświecenie.

Trwający mniej więcej od 1730 do 1770 roku wzrost ekonomiczny kraju doprowadził mieszczaństwo francuskie do prosperity. Nie służyło to już wszak - jak onegdaj - wzrostowi władzy królewskiej.

Obecnie, za Ludwika XV, rozwój ekonomiczny szedł wbrew dwo­rowi, bo umacniał warstwę wrogą reżimowi. W toku długiego panowania Ludwika wytworzył się we Francji stan społeczno-po­lityczny, w którym burżuazja była gospodarczym kolosem, ale po­litycznym karłem.

Stało się oczywiste, że burżuazja będzie się domagać władzy. Główną dla niej przeszkodą były monarchia i jej przybudówki oraz Kościół, a zwłaszcza hierarchia kościelna. Ideologia oświeceniowa częściowo forytowana (na przykład przez panią Pompadour), częściowo potępiana (szykany wobec Diederota i encyklopedystów) przez dwór - służyła tej emancypacji mieszczaństwa, dając jej podstawy filozoficzne i doktrynalne. Obalano autorytet króla i Kościoła. Racjonalizm oraz teorie "umowy społecznej" położyły podwaliny pod domaganie się demokracji. Skostniały ancien régime, z cenzurą, Bastylią, grupami uprzywilejowanych, korupcją i rozpasanym samowładztwem, powoli tracił rację bytu.

Ciekawe i nieco paradoksalne było to, że monarchia absolutna od czasów Henryka IV popierająca noblesse de robe oraz miesz­czaństwo, a także rozwój gospodarczy w duchu merkantylnym i fizjokratycznym, wyhodowała sobie opozycję groźniejszą niż daw­niej arystokracja. Opozycję, która ostatecznie reżim absolutny zmiotła.

Z pewnością, gdyby król był mądrzejszy i zręczniejszy, mógłby dopuścić część burżuazji do władzy, wciągnąć ją do własnej gry, uwikłać ją w system. Wydaje się jednak, że absolutyzm jako idea został podcięty przez Oświecenie. Po prostu formacja ta się prze­żyła. Bałagan w sprawach państwowych, korupcja, nieudolne rządy sprzyjały wszak krytycznej ocenie monarchii przez społeczeństwo. Ludwik XV doszczętnie skompromitował władzę królewską, nic przeto dziwnego, że umierał niemal znienawidzony.

W efekcie panowania Ludwika nastąpiła polaryzacja społe­czeństwa zupełnie odmienna niż za jego poprzednika: monarchia absolutna oparła się na arystokracji, bogatej szlachcie (częściowo rewindykowano jej przywileje feudalne) i hierarchii Kościoła ka­tolickiego. Przeciwnikami tego układu były burżuazja, noblesse de robe, niższy kler i inne grupy, umownie "stan trzeci".

Charakterystyczne przy tym było, że nikt nie chciał płacić podatków, zrzucając je na barki najuboższych. Powodowało to chroniczny kryzys finansów kraju, mimo relatywnego dobrobytu gospodarczego. Szlachta i hierarchia nie chciały tracić profitów płynących z quasi feudalnego systemu na wsi, burżuazja (parla­menty) zaś - widząc trwonienie państwowych pieniędzy przez dwór - nie chciała łatać budżetu z własnej kiesy. Wszystkie te pro­blemy skumulują się za Ludwika XVI. Tymczasem za Ludwika XV największe konflikty z parlamentami wystąpiły w latach 1753-1765.

Schyłek życia i panowania Ludwika XV był ponury. Nastał kompletny marazm. Doszło do tego, że na początku lat siedemdziesiątych kursowała po kraju złośliwa karykatura, prezentująca Ludwika jako przyćmione słońce, jego generalnego kontrolera finansów jako dziurawy worek, a ministra spraw zagranicznych jako łodygę chwiejącą się na wietrze. Wszyscy z ulgą powitaliby śmierć nieudacznika.

Wpływ Ludwika na sprawy państwa nie byłby z pewnością tak dalece destrukcyjny, gdyby nie dwa elementy. Gdyby władza oso­bista Ludwika była znacznie ograniczona (a co za tym idzie, osła­biono by wpływ jego otoczenia), lecz było to niemożliwe przy ówczesnych francuskich założeniach ustrojowych; po drugie - gdyby ekipa rządowa była prężna, sprawna i złożona z kompetentnych i zdolnych fachowców. Wówczas można by było, niezależnie od osoby władcy, prowadzić skutecznie nawę państwa.

Tak było przecież we współczesnej Ludwikowi XV Anglii, gdzie realnie rządziły poszczególne gabinety, torysów bądź wigów, pod oficjalną batutą słabych królów z dynastii hanowerskiej. O wiele przecież większą miernotą niż nieszczęsny Ludwik był po drugiej stronie kanału Jerzy III, ewidentny wariat, który zasłynął z tego, że pewnego razu wygłosił orację do dębu, biorąc to drzewo za Fryderyka II pruskiego. Ktoś taki wszak przez lat sześćdziesiąt firmował swą osobą wielkomocarstwową, niezwykle zręczną i sku­teczną politykę Albionu.

Ludwik raz już otarł się o śmierć. Było to zimą z 1756 na 1757 roku, gdy w pałacu Trianon (drugiej, obok Wersalu, ulubionej rezydencji króla) fanatyk i wariat, niejaki Damiens, wsadził mu nóż między żebra. Rana była poważna, ale władca wyżył. Śledztwo wykazało tylko tyle, że niedoszły królobójca był przeciwnikiem sojuszu Fran­cji z Wiedniem. Los jego był straszny: kaci poćwiartowali go żyw­cem, a zwłoki spalili.

Teraz jednak nadszedł prawdziwy koniec króla. W kwietniu 1774 roku Ludwik zachorował na ospę. W tamtych czasach i w jego wieku (sześćdziesiąt cztery lata) oznaczało to wyrok śmierci. Po pierwszych objawach choroby konsylium lekarskie zaaplikowało choremu puszczanie krwi. Była to powszechna wtedy terapia na wszelkie dolegliwości. Nie wiedziano właściwie, co robić dalej. Króla nie poinformowano o tragicznej diagnozie i odizolowano od otoczenia. Pewnego dnia spojrzał jednak w lustro i ujrzał na swej twarzy wysypkę; wiedział, co to znaczy. Przyjąwszy sakramenty dogorywał w otoczeniu rodziny i medyków. 4 maja pożegnał się z panią du Barry i radził jej pospiesznie opuścić Wersal. Ostatnie dni monarchy były makabryczne - stał się jedną wielką ropiejącą raną.

Zmarł 10 maja 1774 roku w Wersalu. Nie wzbudził w nikim cienia żalu człowiek, o którym anonimowy satyryk pisał:

"O nędzny marnotrawco dóbr swoich poddanych, każdy dzień twego życia to cios nam zadany".

Liczne kochanki Ludwika XV:

Louise Julie de Mailly-Nesle (urodzona w 1710 roku, zmarła w 1751 roku).

Pauline-Félicité de Mailly (urodzona w 1712 roku, zmarła w 1741 roku), markiza de Vintimille , miał z nią dzieci:

Karol Emanuel Maria Magdelon de Vintimille, le Demi Louis (urodzony 2 września 1741 roku, zmarła 14 lutego 1814 roku), markiz du Luc, po nim potomstwo.

Diane-Adélaide de Mailly (urodzona w 1713 roku, zmarła w 1760 roku), księżna de Lauraguais.

Marie-Anne de Mailly (urodzona w 1717 roku, zmarła w 1744 roku), markiza de La Tournelle, księżna de Châteauroux.

Jeanne Antoinette Poisson (urodzona w 1721 roku, zmarła w 1764 roku), markiza de Pompadour.

Jeanne Antoinette Bécu (urodzona w 1743 roku, zmarła w 1793 roku), hrabina du Barry.

Marie-Louise O'Murphy (urodzona w 1737 roku, zmarła w 1815 roku), miał z nią dzieci:

Agata Ludwika de Saint-Antoine de Saint-André (urodzona 30 czerwca 1754 roku, zmarła 6 września 1774 roku), żona Rene Jeana de La Tour du Pin, markiza de La Charce.

Françoise de Châlus (urodzona w 1734 roku, zmarła w 1821 roku), księżna de Narbonne-Lara, miał z nią dzieci:

Filip de Narbonne-Lara (urodzony 28 grudnia 1750 roku, zmarł 10 maja 1834 roku), książę de Narbonne-Lara, zmarł bezpotomnie,

Louis Marie Jacques Amalric de Narbonne-Lara (urodzony 23 sierpnia 1755 roku, zmarł 17 listopada 1813 roku), hrabia de Narbonne-Lara, po nim potomstwo.

Marguerite Catherine Haynault (urodzona w 1736 roku, zmarła w 1823 roku), markiza de Montmélas, miał z nią dzieci:

Agnieszka Ludwika de Montreuil (urodzona 20 maja 1760 roku, zmarła 2 września 1837 roku), żona Gasparda d'Arod, hrabiego de Montmelas,

Anna Ludwika de La Réale (urodzona 17 listopada 1762 roku, zmarła 30 kwietnia 1831 roku), żona Gabriela, hrabiego de Geslin.

Lucie Madeleine d'Estaing (urodzona w 1743 roku, zmarła w 1826 roku), miał z nią dzieci:

Agnieszka Łucja d'Auguste (urodzona 14 kwietnia 1761 roku, zmarła 4 lipca 1822 roku), żona Karola, markiza de Boysseulh,

Afrodyta Łucja d'Auguste (urodzona 8 marca 1763 roku, zmarła 22 lutego 1819 roku), żona Ludwika Juliusza, hrabiego de Boysseulh.

Anne Couffier de Romans (urodzona w 1737 roku, zmarła w 1808 roku), baronowa de Meilly-Coulonge, miał z nią dzieci:

Ludwik Aimé de Bourbon, l'Abbé de Bourbon (urodzony 13 stycznia 1762 roku, zmarł 28 lutego 1787 roku), legitymizowany w 1762 roku, ksiądz, opat Bourbon.

Louise Jeanne Tiercelin de La Colleterie "Madame de Bonneval" (urodzona w 1746 roku, zmarła w 1779 roku), miał z nią dzieci:

Benoit Ludwik le Duc, l'Abbé le Duc (urodzony 7 luty 1764 roku, zmarł przed 1837 roku), ksiądz, opat Le Duc.

Irene du Buisson de Longpré (zmarł w 1767 roku), miał z nią dzieci:

Julia Maria Franciszka Filleul (urodzona 15 lipca 1751 roku, zmarła 30 maja 1822 roku), żona Abla Franciszka Poisson, markiza de Vandieres, de Marigny i de Menars; żona Franciszka de La Cropte, markiza de Bourzac,

zapewne córka: Adelaide Marie Emilie Filleul (urodzona 14 maja 1761 roku, zmarła około 1802 roku), żona Alexandre hrabiego de Flahaut de Billarderie; żona Jose baron de Souza; kochanak - Charles Maurice de Talleyrand-Périgord.

Catherine Éléonore Bénard (urodzona w 1740 roku, zmarła w 1769 roku), miał z nią dzieci:

Adelajda Ludwika Franciszka de Saint-Germain (urodzona 13 stycznia 1769 roku, zmarła 10 marca 1850 roku), żona Jeana Pierre'a Bachasson, hrabiego de Montalivet.

Marie Thérese Françoise Boisselet (urodzona w 1731 roku, zmarła w 1800 roku), miał z nią dzieci:

Karol Ludwik Klaudiusz Cadet de Gassicourt (urodzony 23 stycznia 1769 roku, zmarł 21 listopada 1821 roku), po nim potomstwo.

nieślubne dzieci z nieznanymi metresami:

Antoni (urodzony w 1735 roku, zmarł w 1765 roku), hrabia de Horn.


Żródła:

"Poczet władców Francji" - autor: Tomasz Serwatka.


Ludwik XV w "Wikipedia"