Ludwik XVIII Robertyng-Capet-Bourbon-Vendôme (urodzony w Wersalu, 17 listopada 1755 roku, zmarł w Paryżu, 16 września 1824 roku) herb

Syn Ludwika Ferdynanda Robertyng-Capet-Bourbon-Vendôme, delfina Francji i Marii Józefy Wettyn, córki Augusta III Wettin, króla Polski, wielkiego księcia Litwy, księcia-elektora Saksonii.

Hrabia Prowansji i par Francji jako Louis Stanislas Xavier de Bourbon od 17 listopada 1755 roku do 8 czerwca 1795 roku, książę Andegawenii, hrabia de Maine, hrabia de Perche, hrabia de Senonches i par Francji jako Louis Stanislas Xavier de Bourbon od kwietnia 1771 roku do 8 czerwca 1795 roku, książę d'Alençon i par Francji jako Louis Stanislas Xavier de Bourbon od 10 maja 1774 roku do 21 stycznia 1793 roku, delfin (dauphin, hrabia) Delfinatu i hrabia of Albon od 10 maja 1774 roku do 21 stycznia 1793 roku, książę de Brunoy i par Francji jako Louis Stanislas Xavier de Bourbon od 1777 roku, wielki mistrz Zakonu de Saint-Lazare i de Notre-Dame du Mont-Carmel jako Louis Stanislas Xavier de Bourbon od 1773 roku, generał-porucznik Francji [Lieutenant-general du Roi] Królestwa Francuzów jako Louis Stanislas Xavier de France od 2 maja do 2 maja 1814 roku, legitymistyczny tytularny król Francji jako Ludwik XVIII i legitymistyczny tytularny król Nawarry jako Ludwik VII od 8 czerwca 1795 roku do 2 maja 1814 roku i od 20 marca do 8 lipca 1815 roku, król Francji jako Ludwik XVIII i król Nawarry jako Ludwik VII od 2 maja 1814 roku do 20 marca 1815 roku i od 8 lipca 1815 roku do 16 września 1824 roku, Wielki Mistrz Zakonu Świętego Ducha od 8 czerwca 1795 roku do 16 września 1824 roku, książę Bretanii jako Ludwik IX od 8 czerwca 1795 roku do 20 marca 1815 roku i od 22 czerwca 1815 roku do 16 września 1824 roku.

Tytulara: Z Bożej łaski arcychrześcijański król Francji i Nawarry.

Poślubił 16 kwietnia 1771 roku (per procura) w Wersalu, 14 maja 1771 roku (sponsalia de futuro) Marię Józefinę Ludwikę Sabaudzką (urodzona w Turynie, 2 września 1753 roku, zmarła w Hartwell House, nr Aylesbury, Bucks, 13 listopada 1810 roku), córkę Wiktora Amadeusza II (III) Sabaudzkiego, księcia Aosty, kóla Sardynii, księcia Piemonte, księcia Sabaudii, markiza Monferratu, Saluzzo, Finale i Oneglia, hrabiego di Aosta, di Asti, di Moriana i di Nizza, tytularnego króla Cypru i Jerozolimy i Marii Antoniny Fernandy Robertyng-Capet-Bourbon-Vendôme, córki Filip V Robertyng-Capet-Bourbon-Vendôme, króla Hiszpanii, Neapolu i Sycylii, księcia Andegawenii.

Ludwik XVIII był postacią bardziej skomplikowaną, niż to się wydaje wielu historykom. Nie był tępakiem jak Ludwik XVI i Karol X. Spośród trzech braci Burbonów był niewątpliwie najbystrzejszy i stosunkowo najbardziej inteligentny, choć żaden z trzech wnuków Ludwika XV nie błyszczał rozumem i nie tryskał energią polityczną. Wszyscy okazali się na tronie słabeuszami.

Urodził się w 1755 roku jako hrabia Prowansji Louis-Stanislas-Xawier. Budził największe - spośród wnuków Ludwika XV nadzieje preceptorów, bo był rozgarnięty i miał nawet talent pisar­ski. Sympatyk Woltera i Oświecenia (co było wśród Burbonów ewenementem), antyklerykał i libertyn. Było w tym oczywiście sporo młodzieńczej przekory i chęci ustawicznego drażnienia brata Ludwika XVI i Marii Antoniny, których - z wzajemnością - nie lubił. Intrygował też czasem na dworze razem z żoną, księżniczką sabaudzką Marią Józefą.

Nie jest to bez znaczenia dla przyszłych wydarzeń, kiedy to po upadku Bonapartego Ludwik XVIII obejmie władzę we Francji. Nie lubiano go w elitach dworskich przed 1789 roku, uważając za obłudnika i intryganta. Tuż przed rewolucją sympatyzował nawet ze szlacheckim nurtem opozycji demokratycznej, będąc pod tym względem całkowitym przeciwieństwem brata Karola, hrabiego d'Artois. Przeciwieństwo to utrzyma się już do końca. Podczas gdy Ludwik był w dużej mierze cynikiem i sybarytą (kochał jeść i lubił wypić, przeto już w wieku dwudziestu lat zaczął tyć), sceptycznym wobec pryncypiów ancien régime'u, Karol prezentował fanatyczną postawę stricte monarchistyczną, absolutystyczną i prokatolicką.

Ludwik Stanisław nie miał z Marią Józefą dzieci. Szybko też zaczął zaniedbywać żonę, wiążąc się przyjaźnią z hrabiną de Balbi.

Lata wygnania emigracyjnego ostudziły nieco pro pozycyjne sympatie księcia Ludwika. Nie ryzykował jak Filip Egalité, który przystąpił do rewolucji i stanął w końcu pod gilotyną. Jako raso­wy oportunista grał na przeczekanie. Był cierpliwy i to mu bardzo pomogło. Tułaczka po całej Europie nie była wszak permanentną sielanką. Musiał żyć pod cudzymi nazwiskami na łasce innych dworów królewskich i książęcych. Utrzymywał się z dotacji Kata­rzyny II, Austrii, Hiszpanii, Saksonii.

Po 1795 roku, gdy syn ściętego Ludwika XVI zmarł w więzieniu Tempie, został liderem rojalistów jako Ludwik XVIII. Sami rojaliści tudzież emigranci niezbyt mu ufali, przedkładając nad niego Karola d'Arois, "człowieka zasad" monarchistycznych, jednak padli ofiarą swych własnych pryncypiów - to jest dziedziczności tronu na mocy prawa salickiego. Burboni byli stopniowo zapominani i coraz bardziej przez Europę lekceważeni. Nawet na dworach Rosji czy Austrii nie bardzo ich tolerowano, nie wiedziano, jak ich traktować, czy jako osoby prywatne, czy jako przedstawicieli królewskiego rodu.

Działo się tak z uwagi na umocnienie się reżimu rewolucyjnego we Francji. Rządy i dwory nie chciały sobie psuć stosunków z nową Francją z powodu "jakichś Burbonów". Działo się tak zwłaszcza po ustanowieniu Konsulatu Napoleona. Dlatego Ludwik XVIII tułał się przez wiele lat w nie zawsze komfortowych (ale przeważnie wygodnych) warunkach po różnych dworach europejskich, szuka­jąc protekcji przeciw "uzurpatorowi". Słuchano go oczywiście z przychylnością, ale i z lekceważeniem. Jako człowiek inteligentny łatwo to wyczuwał, toteż nigdy nie pałał miłością do cara, króla angielskiego czy innych swych "dobrodziejów". Bolał go ich pro­tekcjonizm.

Był tedy, jak widać, postacią cokolwiek skomplikowaną psy­chologicznie: burboński autokratyzm walczył w nim z republikańs­kimi, a nawet rewolucyjnymi sympatiami. Jako mąż światły do­strzegał tendencje społeczne swej epoki, pęd ku władzy nowej war­stwy - burżuazji, oraz zmiany w kierunku zagwarantowania wol­ności obywatelskich. Wiedział, iż owym obiektywnym procesom, parciu do wolności i demokracji (oczywiście w ówczesnym rozumieniu tych pojęć), wzrostowi nowych elit nie można się przeciwsta­wiać jak Don Kichot. Do polityki nie miał zresztą serca, preferu­jąc zajęcia literackie, filozoficzne gawędy, a nade wszystko bie­siady. Pozostało mu to aż do śmierci. Przy wrodzonym lenistwie tudzież słabości charakteru wszystko to prowadziło do niekon­sekwencji i chwiejności w działaniu. Lubił też opierać się na innych.

W życiu osobistym był na pewno niezbyt szczęśliwy. Tłusty i schorowany, szybko wyłysiał i posiwiał. Śmiano się zeń też nad­miernie, zwracając uwagę głównie na wygląd zewnętrzny. Tymcza­sem Ludwik nie był bynajmniej kretynem z mózgiem obrośniętym tłuszczem, jak można by wnioskować z wielu relacji pamiętnikar­skich. Potrafił zachować dość trzeźwy osąd rzeczywistości oraz stoicki spokój. Choć nie był błyskotliwy ani efektywny, często potrafił celnym i ciętym powiedzonkiem "trafić" interlokutora. Jego cynizm był cynizmem wynikającym z inteligencji. Ale inteli­gencji tej nie umiał z kolei wykorzystać w praktyce, zwłaszcza politycznej.

Tułacza trasa Ludwika wiodła przez zachodnie tereny Rzeszy (Nadrenia, Westfalia), dwa lata przebywał w Weronie jako hrabia de Isle. Wreszcie dotarł daleko na północ i wschód, bo aż do Mitawy w Kurlandii, pod opiekę carską. Kiedy wszak obłąkany car Paweł I zawarł układy z pierwszym konsulem Bonaparte (nie oznacza to bynajmniej, że sam fakt obłędu Pawła I dyskwalifikował zbliżenie rosyjsko-francuskie), Ludwika wyproszono grzecznie z Rosji. Osiadł na ówczesnym terenie Prus, w Warszawie. Jak widać, nawet taki reakcjonista, jak Fryderyk Wilhelm III, nie uważał za stosowne i potrzebne podjąć gościa w Berlinie czy Poczdamie, ale "na prowincji". Tak się rzeczy miały od 1801 roku do 1805 roku.

Za to polscy panowie bardzo gościnnie podjęli brata ściętego monarchy francuskiego. Domy arystokracji stały otworem. Bale i fety były na porządku dziennym. Ze szczególną gościnnością po­witał Ludwika książę Józef Poniatowski, wtedy adherent Prus, potem gorący stronnik Napoleona, z jego nadania marszałek Fran­cji. Do końca wierny Bonapartemu, utonął w Elsterze podczas bitwy pod Lipskim, mimo że wielu arystokratów przechodziło już prag­matycznie pod skrzydła nowego "zbawcy Polski", cara Aleksandra I. Takie to były pokrętne losy.

Tymczasem wszak w czasie pobytu Ludwika traktowano go w Warszawie jak króla. Poniatowski był wtedy młody i prawie cały czas wesoło się bawił. Korzystał przy tym i Ludwik. Najpierw mieszkał na Krakowskim Przedmieściu, potem hojny książę oddał mu cały pałac w Łazienkach, tzw. Biały Domek. Ciepłe przyjęcie spotkało też dwór i świtę "władcy Francji", z takimi nazwiskami, jak książę de Fleury, baron de Fonbrune, baronowa de Plon, książę Monaco, książęta d'Angouleme i de Berry (bratankowie Ludwika), książęta de Grammont i de Beaumont itd. Słowem, arystokratyczno-emigracyjna śmietanka Francji ancien régime'u spłynęła nad Wisłę!

Aktualna kochanka Poniatowskiego, Francuzka pani de Vauban, bez skrupułów wykorzystywała hojność i rozrzutność księcia. Goszczono Francuzów w pałacu Pod Blachą (główna siedziba Poniatowskiego), goszczono wszędzie, wino lało się strumieniami. Ludwik czuł się w tym wszystkim dobrze, ale jak zwykle był ospały i apatyczny. Głównie jadł. Strasznie wówczas utył. Mimo zaledwie pięćdziesięciu lat wyglądał jak dziadek: był łysy i poruszał się z trudem. Polacy starali się umilić mu pobyt.

W dniu 25 sierpnia 1804 roku urządzono na przykład wielką fetę, okazji imienin Ludwika XVIII. Jakieś dziecię miało nawet włożyć wieniec z róż na łysinę dostojnego solenizanta. Ludwik był znudzony i nawet nie raczył podziękować malcowi. Nosił wtedy długi po kostki surdut oraz aksamitne buty. Ten dziwaczny i zniewieściały stój wkładał z powodu ogromnej tuszy oraz dręczącej go podagry. Od biedy można było uznać to za staroszlachecki sarmac­ki "strój polski". W ogóle wszystko to było dziwaczne: Ludwik nie liczył się wtedy w polityce, Bonaparte stał u szczytu, u progu koronacji - fetować takiego nieboraka jak Ludwik Burbon mogli tylko pełni fantazji Polacy.

Po Austerlitz nastały wszak "lata chude" i trzeba było opuścić gościnne progi warszawskie. Na ironię, ustąpił miejsca "uzur­patorowi". Wyjechał do Szwecji, gdzie w Kalmarze konferował z Karolem d'Artois. Ten z kolei przebywał w Anglii. W Kalmarze ustalono wspólną taktykę wobec sukcesów Napoleona i założenia przezeń dynastii monarszej Bonapartów. W praktyce nic te narady oczywiście nie dały. Ludwik dalej oddawał się obżarstwu, choro­bom i lenistwu. Gnuśniał w ustawicznej bezczynności, wciąż tylko potrzebował pieniędzy. Jego dwór był rozpasany, żądny hucznych zabaw, skłonny do intryg.

W 1807 roku pretendent przybył na Wyspy Brytyjskie, bo tylko Londyn nie poszedł na żadne układy z "Korsykaninem". Mieszkał tam na stale Karol Burbon, de facto lider emigracji, człowiek energiczny i sprawny. Karol nie lubił Ludwika i gardził nim, ale musiał tolerować jako starszego brata i pretendenta. Ludwikowi życie małżeńskie nie układało się. Dzieci nie miał. Jedynym jego przyjacielem, faworytem i powiernikiem był niejaki hrabia de Blacas. Mieszkał razem z nim w Hartwell, na antresoli nad apartamen­tami pretendenta. Był człowiekiem zimnym i antypatycznym. Nikt go nie lubił, nawet rodzina i otoczenie Ludwika. Ten jednak miał doń słabość, poza tym hrabia posiadał talenty finansowe (dar rzadki u arystokratów!) i zawsze umiał znaleźć pieniądze na utrzymanie "dworu". Fundusze kurczyły się, bo szanse na powrót do Francji malały i monarchowie Europy przestawali łożyć na "próżniaków". Tak dotrwano do wiosny 1814 roku.

Wreszcie godzina Ludwika XVIII wybiła. Nie było to wszak takie proste, jak przedstawiają podręczniki szkolne czy akademic­kie, w sto pięćdziesiąt lat po faktach. Pierwotnie nikt właściwie wśród zwycięzców nie mówił o powrocie (restauracji) Burbonów. Car Rosji Aleksander, najwięcej mający w tej materii do powie­dzenia, nie znosił Burbonów uważając ich (oraz całą emigrację rojalistyczną) za awanturników, głupców, próżniaków, mitomanów, kompletnie nierealistycznie postrzegających rzeczywistość. Uważał, że powrót nad Sekwanę braci Ludwika XVI oznacza groźbę nowej rewolucji, co w konsekwencji może doprowadzić do powrotu Napoleona. Car słusznie uważał, że rozjuszeni, wściekli i żądni odwetu emigranci będą dążyć do cofnięcia Francji o dwa­dzieścia pięć lat na drodze gruntownych reform społecznych i ustrojowych. Jak przewidywał, ta bezmyślna, nieostrożna i naiwna polityka doprowadzić może do kolejnej rewolty.

Dlatego też car widział w marcu i kwietniu 1814 roku na tronie Francji albo trzyletniego syna Napoleona ("Orlątko"), co ozna­czałoby rządy regentki Marii Luizy Habsburg, albo też pasierba cesarza, Eugeniusza de Beauharnais. Takie rozwiązanie ułatwiał fakt, że przez ostatnie dwadzieścia pięć lat Burboni zostali we Francji niemal całkiem zapomniani! Dla przykładu przytoczmy następujące świadectwo pamiętnikarskie:

"Naród nasz zupełnie zapomniał o rodzie swych królów. Zachowano dla niego tylko jakieś nieokreślone zaintereso­wanie uczuciowe. Nie wiedziano, co się z nim dzieje i niemalże nie starano się wiedzieć".

Nawet na arystokratów pozostałych w kraju nazwisko Burbo­nów działało "niczym stara melodia, którą od pierwszych taktów odnajdujemy w pamięci". Jest rzeczą doprawdy szokującą, iż nawet wielu zdeklarowanym rojalistom imiona księcia d'Enghien czy księ­cia de Berry nic nie mówiły. Niektórzy nie wiedzieli wręcz, że Ludwik XVI miał jakichś braci. Młodzi Francuzi już zupełnie nie znali dynastii. Wyrosły przecież nowe pokolenia.

W takiej sytuacji nikłe były szanse na restaurację Burbonów. Stała się jednak faktem, i to dzięki jednemu jedynemu człowiekowi Talleyrandowi. To właśnie ten wytrawny mąż stanu wylansował Burbonów, wymyślając ideę "legitymizmu" (to jest zasadę powrotu na trony wszelkich władców przedrewolucyjnych bądź ich następ­ców). Szermował tym głównie na użytek zagranicy, która wpatry­wała się weń niczym w cudownego bożka. Cokolwiek by rzec o cynizmie, krętactwie i łajdactwie Talleyranda, wszyscy doceniali jego pierwszorzędną rolę na francuskiej scenie politycznej. Jak wspomniałem, zdradził on Napoleona już w 1808 roku, acz ten o tym nie wiedział aż do 1814 roku. Nawet zesłany na Elbę i podczas "stu dni" Napoleon prosił Talleyranda (słał listy aż do Wiednia, gdzie obradował kongres) o to, by ten ponowne przystąpił do niego. Obiecywał przebaczenie, mimo że uprzednio publicznie przeklinał Talleyranda (oraz Fouchego). Cesarz mówił kilkakrotnie w dniach abdykacji, że gdyby w odpowiednim czasie kazał powiesić Talley­randa i Fouchego, zachowałby tron. Nawet on jednak nie potrafił obejść się bez księcia Beneventu.

O Talleyrandzie była już mowa na kartach tej książki. Nie sposób bowiem mówić o polityce francuskiej w tamtej dobie - w latach Napoleona, Ludwika XVIII, Karola X i Ludwika Filipa, aż do 1838 roku - nie uwzględniając osoby eks-biskupa. Był on w pierw­szym szeregu walki politycznej najwybitniejszym niewątpliwie mę­żem stanu i politykiem we Francji, a jednym z pierwszych w ów­czesnej Europie.

To właśnie w jego genialnej, intryganckiej głowie zrodził się pomysł restauracji dawnych władców Francji. Zdradził Napoleona definitywnie, bo nie widział już dlań przyszłości. Bał się w ogóle nawet jego pobytu na Elbie (za blisko Włoch i Francji) - jak naj­bardziej słusznie. Jak już wyżej pisałem, Talleyrand miał bezbłędny węch polityczny. Napoleona "skazał" już ostatecznie, ale nie chciał regencji jego żony, a tym bardziej rządów jego pasierba, co mogłoby po jakimś czasie doprowadzić do powrotu "Korsykanina". Było to wszak wiosną 1814 roku, grubo przed Waterloo i zesłaniem Napoleona na Wyspę Św. Heleny.

Talleyrand wymyślił tedy układ, mający dawać mu realną wła­dzę nad Francją. Książę Beneventu sądził, że będzie mógł łatwo sterować Ludwikiem XVIII i pozostałymi emigrantami, nie zna­jącymi przecież w ogóle realiów krajowych, obcymi ludowi i zde­zorientowanymi. Nie lubił Burbonów i gardził nimi. Podzielał całkowicie zdanie cara Aleksandra, że "niczego nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli". Oni w pełni odwzajemniali te uczucia, ale byli w przymusowej sytuacji. Skrajna ich ekstrema z hrabią d'Artois na czele nienawidziła tego "dobrodzieja" splamionego krwią księcia d'Enghien.

Talleyrand najpierw musiał omotać Aleksandra I, którego po wkroczeniu wojsk rosyjskich do Paryża 31 marca 1814 roku zaprosił do swego pałacu. Car spytał: "W jaki sposób mógłbym się przeko­nać, że Francja życzy sobie dynastii Burbonów?", Talleyrand od­parł: "Za pośrednictwem uchwały, którą podejmuję się przepro­wadzić w senacie". Senat był za Napoleona instytucją czysto de­koracyjną, ale teraz nie miało to znaczenia. Chodziło o formalny wyraz "woli kraju" i jego elit.

Tymczasem społeczeństwo francuskie było bezwolne i zastra­szone, apatyczne i koniunkturalne. Przyjęłoby każdego monarchę nadanego przez zwycięzców. Taki był też i senat. Paryżanie byli pod wrażeniem tego, że car nie kazał zniszczyć ich miasta w od­wecie za Moskwę. Stosunkowo łagodne obchodzenie się cara i ko­zaków z ludnością cywilną ujmowało serca Francuzów dla "wspa­niałomyślnego" cara. Ten grał tymczasem rolę liberała. Dał się jednak ostatecznie przekonać Talleyrandowi, który 1 kwietnia 1814 roku przeforsował w senacie (niepełnym, około 50 procent członków) utworzenie rządu tymczasowego, z nim samym oczywiście na czele. Proklamowano restaurację Burbonów.

W ślad za tym Talleyrand skontaktował się z ludźmi Karola d'Artois, a Ludwikowi dano w Hartwell sygnał, by szykował się do powrotu. Od razu wszak powstał konflikt między pragmatycz­nym Talleyrandem (chciał, by nowy reżim łączył dawne i nowe czasy, układy i stosunki) a dogmatycznymi ekstremistami emigra­cyjnymi. Mianowicie książę Beneventu zaproponował, by Burbonowie przyjęli trójkolorowy sztandar rewolucyjny. Karol odmówił kategorycznie, przybierając sztandar biały. To był dopiero początek sporu.

Tymczasem pięćdziesięciodziewięcioletni, przedwcześnie po­starzały, zniszczony przez podagrę i niemiłosiernie tłusty Ludwik stanął w porcie Calais 24 kwietnia 1814 roku. Wylansowany przez Talleyranda i Fouchego suweren jechał via Londyn (uroczyste powitania na ulicach) i Dover. Przed rogatkami Paryża powitał go nie kto inny, jak napoleoński bohater, marszałek Michel Ney. Ludzie byli powolni nowej legitymistycznej propagandzie, wszędzie po drodze wywieszano białe flagi Burbonów, "spontanicznie" witano "oczekiwanego" króla. Znamienny był pierwszy od dwu­dziestu pięciu lat dialog Ludwika i Talleyranda w stolicy. Król miał dobrą pamięć. "Sporo rzeczy wydarzyło się, od kiedy widzieliśmy się ostatni raz [...]. Siadaj pan, pogadamy!" - rzekł.

Ludwik musiał słuchać rad Talleyranda, aby zachować i umoc­nić tron. Zwycięzcy niechętnie myśleli o reżimie Burbonów, toteż aż do „stu dni" emigranci nie mścili się na przedstawicielach dawnego systemu. Nie było represji, a wręcz pozory sielanki. Lud­wik wznosił toasty za napoleońskich dygnitarzy, zwłaszcza za mar­szałków. Próby przywracania starych porządków były słabe. Na razie wszystko szło po myśli Talleyranda.

Ten wziął się z kolei do pracy na polu zagranicznym, chcąc utrzymać mocarstwową pozycję Francji. Restauracja Burbonów była w tym kontekście wysoce korzystna, bo umożliwiła występo­wanie Francji w roli równorzędnego partnera, a nie jako państwa pokonanego. "Zniszczono Napoleona, "uzurpatora", lecz nie "starą i dobrą" Francję Burbonów" - głosił przebiegły Talleyrand. Dlatego też warunki pokoju paryskiego z 30 maja 1814 roku były łagodne i ko­rzystne dla Francji. Granice z 1792 roku były przecież granicami przedrewolucyjnymi, a właśnie te granice Francji zagwaranto­wano.

13 maja Ludwik mianował Talleyranda ministrem spraw za­granicznych. Wysłał go też na kongres wiedeński, obradujący od września. Tam eks-biskup przyczynił się walnie do rozbicia dawnej koalicji antyfrancuskiej i do odwrócenia sojuszy. Pozwoliło to Francji nie tylko wydobyć się z izolacji, lecz nawet wrócić do grona mocarstw.

Działania Talleyranda i Fouchego określił Chateaubriand ja­ko "występek wsparty na ramieniu zbrodni". Było to arcytrafne określenie sojuszu tych dwóch łajdaków, którzy w tamtych miesią­cach szli ręka w rękę, wysługując się Burbonom. Obaj mieli na rękach ich krew, a Fouche nawet podwójnie, bo w styczniu 1793 roku głosował w Konwencie za ścięciem króla. Nic tedy dziwnego, że ultrarojaliści (w skrócie zwani ultrasami) nienawidzili ich obu i kol­portowali ulotki oraz karykatury szkalujące ludzi, którzy w 1804 roku skłonili Napoleona do zamachu na księcia d'Enghien.

Ludwik korespondował przez cały czas z Talleyrandem, gdy ten przebywał w Wiedniu. Akceptował bez szemrania wszystkie decyzje. Jak pisałem, zawsze akceptował posunięcia ministrów. Nie interesował się bliżej sprawami politycznymi. W stolicy Austrii Talleyrand uzyskał potwierdzenie traktatu paryskiego oraz zasady legitymizmu. Rozbił układ Anglii, Rosji, Prus i Austrii przeciw Francji. Zachowywał się wyniośle i nie jak delegat państwa prze­granego. Udało mu się zbliżyć do Anglii i Austrii na zasadzie przeciwstawienia się caratowi.

Potężny car chciał całego Księstwa Warszawskiego, a dla swe­go sojusznika, Prus - Saksonii. Tego Austria i Anglia bały się jak ognia. W październikowych rokowaniach z carem w Wiedniu Tal­leyrandowi nie udało się przekonać cara, by oddał ziemie polskie Austrii i Prusom według stanu z 1795 roku. Prusacy chcieli też Sakso­nii. Wobec tego w styczniu 1815 roku doszło do tajnego układu Tal­leyranda z Metternichem (minister spraw zagranicznych Austrii) i lordem Castlereagh (minister spraw zagranicznych Anglii) skiero­wanego przeciw Rosji i Prusom. Była mowa nawet o wojnie w przypadku przedłużającego się uporu Petersburga i Berlina.

Wzajemne podburzanie przeciw sobie państw trzecich odnios­ło przeto skutek. Ludwik był uszczęśliwiony. Pod wpływem sygna­łów o zbliżeniu się do siebie Francji, Anglii i Austrii carat musiał ustąpić. Ostatecznie tedy Poznańskie oddano Prusom (car zagar­nął resztę Księstwa), a Saksonię podzielono na część pruską i "nie­podległą". Car stał się "królem polskim" i dał Królestwu Polskiemu liberalną konstytucję.

Zbliżenie do Londynu i Wiednia było idée fixe Talleyranda przez cały następny okres. Zwłaszcza sojuszowi z Brytanią po­święcił ostatnie lata swego życia. Ludwik trzymał go ze względów stricte pragmatycznych, bo był najlepszym kandydatem na sternika polityki zagranicznej. Tylko od czasu do czasu bywał wobec eks-biskupa złośliwy, w następujący na przykład sposób komentując list ministra z Wiednia, opisujący dokładnie stroje wszystkich uczest­ników jakiegoś balu: "Pan de Talleyrand tylko jednego nie napisał. Jak on sam był ubrany? Przecież on tak często zmienia swoje kostiumy".

Istotnie, uwaga złośliwego Ludwika była trafna, bo minister wychodził ze skóry, by przypodobać się nowej dynastii. Najbardziej spektakularnym tego dowodem była niesamowita feta, jaką zor­ganizował w Wiedniu w styczniu 1815 roku z okazji rocznicy stracenia "biednego" Ludwika XVI. Uroczyste nabożeństwo żałobne w wie­deńskiej archikatedrze Św. Stefana zgromadziło wszystkie koro­nowane i arystokratyczne głowy przybyłe na kongres. Jak widać, kongres nie tylko tańczył; mówi się bowiem zawsze o "tańczącym kongresie".

Na wiosnę, gdy nastąpiło "sto dni", uczestnicy obrad rozjechali się do siebie, aby przygotować ostatni akt rozprawy z Napoleonem. Ten prosił listownie Talleyranda o pomoc, ale eks-biskup prze­forsował wniosek o "wyjęciu spod prawa" cesarza. Wywołało to aplauz Ludwika, lecz on sam haniebnie zbiegł z pałacu Tuileries do Ciandawy w Belgii.

Za królem Ludwikiem wróciła do kraju, w kwietniu i maju 1814 roku chmara emigrantów. Byli żądni krwi, pałali chęcią odwetu za stracone lata, za upokorzenia i tułaczkę. Wodzem tych "nieprze­jednanych" był oczywiście Karol d'Artois. Fanatyk ów, pałający chęcią zemsty na "rewolucjonistach", od początku tworzył coś w rodzaju "gabinetu cieni", licząc na rychły zgon bezdzietnego brata. Sam zaś miał dwóch dorodnych synów: Ludwika księcia d'Angouleme i Karola księcia de Berry. Klika ta optowała za pełną re­stauracją, to jest za całkowitym przywróceniem ancien régime'u sprzed rewolucji.

Była to mrzonka, bo życie poszło już o wiele dalej i wiele procesów było nieodwracalnych, ale ultrasi byli ślepcami, nie ro­zumieli już w ogóle otaczającego ich świata. Doszło nawet do tego, że w krwiożerczych zapędach musieli ich mitygować car i król angielski. Całkiem słusznie obawiali się oni, że masowe i nachalnie stosowane rozliczenia burbońskie rozdrażnią tylko Francuzów i pogłębią sympatie do Napoleona i rewolucji.

Ludwik przyjął umiarkowane stanowisko, wedle rad Talleyran­da. Postanowił nadać krajowi konstytucję (nazwał ją Kartą Konsty­tucyjną), a także zakres swobód obywatelskich większy niż za cesar­stwa. Stało się to 4 czerwca 1814 roku. Konstytucja Ludwika XVIII była kompromisem między rewolucją a Burbonami. Gwarantowa­ła podstawowe zdobycze burżuazji: równość obywateli wobec pra­wa, wolność sumienia, prawo własności nabytej po 1789 roku; uznawała pewne relikty cesarstwa (tytuły wówczas przyznane, Legię Honorową). Wprowadzała monarchię parlamentarną, jakby na modłę angielską.

Władza ustawodawcza skupiała się według Karty w dwu izbach Izbie Deputowanych i Izbie Parów. Pierwsza była siedliskiem boga­tej burżuazji (wysoki wyborczy cenzus majątkowy), druga składała się z mianowanych przez króla arystokratów (m.in. Talleyranda).

Jak tedy jasno widać, Ludwik był miękki i łagodny dla starych elit napoleońskich (np. Neya zrobił parem), utrzymał też w więk­szości napoleoński aparat urzędniczo-administracyjny średniego i niskiego szczebla. Zdawał sobie bowiem sprawę, że musi być za­chowana ciągłość państwa, a tylko tamci urzędnicy byli kompe­tentni. Chciał ich wymieniać stopniowo. Zanosiło się we Francji na swoistą równowagę starego i nowego świata. "Sto dni" Napoleona pokrzyżowało te plany. Zresztą Karol d'Artois od początku sprze­ciwiał się zasadom Karty, jako pętom krępującym monarchę z Bo­żej łaski. Taki "świstek papieru" był tylko według niego szkodliwy. Zwykł był zawsze mawiać, iż: "Mojemu bratu spieszno było do tronu, podpisał więc Kartę nie czytając jej". Na pewno miał tu rację, bo Ludwik istotnie był oportunista, koniunkturalistą i leniem.

Na wieść o ucieczce Bonapartego z Elby, król zbiegł do Belgii, razem ze świtą, bratem i ultrasami. Ale po Waterloo sytuacja uległa zasadniczej zmianie, drastycznie zaostrzając klimat życia politycz­nego. Nie obawiano się już ewentualnego powrotu Napoleona, prawica i reakcja wzięły górę, żądano trupów. Również zwycięscy Prusacy chcieli burzyć Paryż (wedle dawnych planów księcia Brunszwiku), a co najmniej wysadzić w powietrze "most Jeny". Zagra­nica nie hamowała w każdym razie Burbonów przed zemstą na "rewolucjonistach" i "bonapartystach". Zachowanie się ludności dodatkowo doprowadzało ultrasów do białej gorączki. Ludwik musiał iść teraz tak jak oni.

Podczas "stu dni" okazało się, że Burbonowie są bardzo mało popularni. Te same tłumy, które witały rok wcześniej Ludwika w Calais, obecnie fetowały "uzurpatora". Społeczeństwo francuskie zachowało się jak chorągiewka na wietrze. Nie bez znaczenia wszak było, że przez niecały rok nowy reżim zdążył już zrazić do siebie mimo względnej łagodności - spore grupy ludzi. Poparcie niemal całego kraju dla cesarza było efektem nie tyle popularności idei cesarstwa, ile niezadowolenia z Burbonów.

Dlatego Ludwik musiał jesienią 1815 roku radykalnie zmienić kurs. Rozszalał się "biały terror" (biała kokarda była symbolem dynastii). Gdy 8 lipca Ludwik powtórnie wrócił do Paryża, nie był w stanie powstrzymywać radykalnych ruchów brata. We wrześniu usunięto rząd Talleyranda, z Fouché jako ministrem policji; ten wychodził wprost ze skóry w służbie dynastii, szykując listy pro­skrypcyjne wrogów reżimu. Król spłatał Talleyrandowi figla, bo gdy ten w ultymatywnej formie zażądał zmiany polityki wewnę­trznej grożąc dymisją, dymisji tej mu udzielił. Tak samo było z Fouché, któremu podziękowano za współpracę. Właściwie powi­nien był się on cieszyć, że uszedł cało.

Były "królobójca" i "kat Lyonu" był tak bezczelny, że od 22 czerwca do 7 lipca dzierżył tekę premiera rządu. Teraz musiał szybko uciekać do Austrii, do Triestu, gdzie w 1820 roku zmarł, Talleyrand miał zbyt wysoką pozycję i prestiż za granicą, by można go było wygnać. Został tedy członkiem Izby Parów oraz "wielkim szambelanem" dworu. Usunięto go wszelako z życia publicznego na lat piętnaście.

Terror ogarnął cały kraj. Marszałka Neya za poparcie Na­poleona w czasie "stu dni" rozstrzelano w grudniu. Posypały się wyroki, egzekucje, konfiskaty; nastąpiły mordy polityczne i zsyłki. Nienawiść dała o sobie znać zwłaszcza na południu Francji, gdzie zawsze silne były tendencje antyrewolucyjne. Wytępiono przy tym resztki hugenotów, jacy tam się jeszcze przechowali.

Uformowana pod terrorem i szantażem Izba Deputowanych składała się głównie z monarchistów i reakcjonistów. Była tak znienawidzona w społeczeństwie, że nazywano ją złośliwie "izbą niezrównaną" (la chambre introuvable - dosłownie: nie do odnale­zienia) w pokorze wobec nowego reżimu i w monarchiczno-burbońskich zapędach. Mówiono, że była bardziej burbońska niż sam Ludwik XVIII. Wszystko to wcale nie spacyfikowało sytuacji we Francji, ale jeszcze bardziej pogłębiło antagonizmy i zdepopularyzowało Burbonów. Talleyrand snuł iście kasandryczne proroctwa o nieuchronnym upadku reżimu w razie kontynuowania podob­nych metod.

Ludwik uległ biegowi wydarzeń, stał się nie lubiany przez Francuzów, którzy zarzucali mu, że przybył do kraju "na obcych furgonach", na wrogich bagnetach. Istotnie, jego władza opierała się tylko na przemocy obcej (choć wojska "sojuszników" wypro­wadzono w 1818 roku) i policyjnym terrorze ultrasów. Ważną rolę na dworze odgrywał ambasador cara, Korsykanin z pochodzenia, Pozzo di Borgo. Człowiekiem Rosji był też premier Richelieu.

Ludwik, niekonsekwentny i bezwolny, stawiał na doradców i aktualnych ministrów. Ulegał rozmaitym naciskom. Z początku powołał na urząd premiera swego bliskiego współpracownika, za­usznika Rosji, księcia Armanda Richelieu (1766-1822), polityka dość umiarkowanego i spokojnego. Car zresztą - jak pisałem - nie ży­czył sobie zbyt drastycznej polityki wewnętrznej. Minister ów był o tyle ciekawą postacią, że mało przebywał we Francji. Lata 1795-1814 spędził na emigracji w Rosji, w Odessie i na Krymie, pracując w służbie carskiej. Jako gubernator położył duże zasługi dla tych terenów. Teraz taki człowiek, prawie nieznający ojczyzny, miał być jej premierem. Stary Talleyrand stwierdził z właściwym sobie sar­kazmem: "Król nie mógł lepiej wybrać, nie ma we Francji człowieka lepiej znającego Krym".

Richelieu był szefem rządu od 1815 do 1818 roku. Potem zastąpił go w miarę młody Ellie książę Decazes (1780-1860), kie­rujący rządem w latach 1818-1820. Spośród umiarkowanych mo­narchistów karierę zaczyna też wówczas robić François Guizot (1787-1874), już od 1812 roku profesor Sorbony, historyk. Monar­chiści cieszyli się też poparciem hierarchii kościelnej.

Ta "odwilż" i dopuszczenie do władzy umiarkowanych mo­narchistów (1816-1820) związana była z bardzo ostrą reakcją spo­łeczeństwa na ekscesy ultrasów. Połączyły się we wspólnym froncie siły bonapartystów, liberałów i dawnych rewolucjonistów. Ludwik wykorzystał to do rozwiązania "izby niezrównanej" we wrześniu 1816 roku. Nowe wybory przyniosły sukces umiarkowanej prawicy. Zaczęła się znów kreować swoista równowaga. Liderem umiarko­wanej prawicy stał się Talleyrand, który nie chciał dopuścić do triumfu ultrasów. Występował on głównie w Izbie Parów. Także zagranica (zwłaszcza zaś Anglicy) raczej wpływała na łagodzenie sprzeczności wewnątrzfrancuskich.

Już jednak w 1820 roku ultrasi podnieśli głowy i Ludwik XVIII ponownie przykręcił społeczeństwu śrubę. Gdy 13 lutego tegoż roku fanatyczny republikanin, robotnik Louvel, zasztyletował wy­chodzącego z paryskiej Opery Karola księcia de Berry, rozwście­czeni ultrasi doprowadzili do zmiany kursu. Władzę ponownie objął Richelieu (na rok), który stał się teraz bliższy Karolowi d'Artois. Potem premierem został (1821-1828) hrabia Villele (1773-1854), tępy ultras.

Nastąpiło uderzenie w wolność prasy, nauki i kultury, za­ostrzono cenzurę oraz kontrolę nad oświatą. Kłopoty z opozycją jednak rosły, uaktywniła się nie tylko burżuazja, ale i dziennikarze, pisarze, a także masoni i karbonariusze, przeciwni restauracji Bur­bonów. Zaczęła też powoli dochodzić do głosu warstwa robotnicza, skrajnie wroga Burbonom, par excellence republikańska.

Polityka zagraniczna Ludwika też była miotaniem się. Z po­czątku dystansował się nieco od "protektorów" ze Świętego Przy­mierza. Był to założony z inicjatywy cara w 1815 roku związek Rosji, Austrii i Prus, mający na celu tłumienie w zarodku wszelkich przejawów wrzenia rewolucyjnego lub quasi-rewolucyjnego w Eu­ropie oraz tępienie ruchów narodowych. Pod koniec życia król uległ jednak presji brata i "sojuszników" z Berlina, Petersburga i Wiednia. Najbardziej spektakularnym przykładem tej uległej re­akcyjnym mocarstwom polityki zagranicznej była interwencja francuska w Hiszpanii, celem stłumienia tamtejszej rewolucji w 1823 roku. Kongres Świętego Przymierza w Weronie w 1822 roku wyzna­czył Francję na egzekutora tego czynu. Ludwik dał placet i rychło drugi syn Karola, książę Ludwik d'Angouleme, wkroczył do Mad­rytu.

Rozbudzona przy tym histeria nacjonalistyczna dopomogła ullrasom zwyciężyć w kolejnych wyborach w 1824 roku Ludwik całkowicie nie angażował się już w sprawy państwowe, złożony ciężką chorobą. Zmarł 16 września 1824 roku nie pozostawiwszy następcy. Zgon był okropny. W ostatnich dniach król nie mógł chodzić ani wykonywać żadnych czynności. Wożono go w fotelu inwalidzkim. Głowa zwisała mu bezwolnie, nie mogąc utrzymać pionu, podtrzymywano ją poduszkami. Jedna noga całkiem prze­gniła, drugą pokrywały otwarte rany. Zachował wszak do ostatniej chwili jasność umysłu i stoicki spokój. Nie wiadomo, czy "król arcychrześcijański" wyspowiadał się i przyjął ostatnie sakramenty. Są różne wersje, ale najprawdopodobniej ksiądz przybył, kiedy chory utracił świadomość. Według innych źródeł był przytomny, a nawet raz poprawił kapłana, gdy ten pomylił jakiś werset z mod­litwy za konających. Zaprawdę, filozoficzny był jego spokój!

Ostatnie słowa król skierował do płaczącego służącego, mło­dego chłopca, jedynego człowieka, który przy nim został w mo­mencie nocnego konania: "Kto to tak płacze? Moje biedne dziec­ko, lubisz więc swego króla?". Kiedy rano dworzanie weszli do kom­naty, na łożu obok trupa leżała kurtka robotnika dekorującego salę kirem. Pochowano Ludwika w Saint-Denis, prastarym opactwie, dostojnej nekropolii Burbonów. Cała władza przeszła w ręce jego brata, Karola.

Sądzę, że historiografia - en général - zbyt surowo oceniała Ludwika XVIII. Był przecież inny niż Karol d'Artois. Nie był tak jednoznacznie reakcyjny i "restauratorski", optował raczej za kom­promisem i równowagą. Jak na człowieka, który ponad dwadzieścia lat przebywał poza Francją, rozumował całkiem przytomnie. Nie był też takim całkowicie tępym niedorajdą, jak go niektórzy pre­zentowali. Do spraw państwowych się nie przykładał, grzesząc lenistwem i niefrasobliwością, był inteligentny i umiał korzystać z rad znacznie od siebie mądrzejszych doradców. Wprawdzie nie zawsze byli to ludzie kalibru Talleyranda. Pamiętnikarze i dziejo­pisarze przerysowali także karykaturalny i zbyt złośliwy portret władcy, który nie był przecież ani genialny jak Napoleon, ani przystojny jak choćby Karol X.

Restauracja burbońska po upadku Napoleona miała dwa oblicza. To łagodniejsze, bardziej realistycz­ne, zawdzięczała w dużej mierze Ludwikowi. Faktem jednak po­zostaje, że król był mierny jako polityk i nie mógł się nawet równać z wielkim poprzednikiem. Jedynym jego szczęściem było, że - choć znacznie starszy - przeżył adwersarza o trzy lata. Była to wszak jedynie jego prywatna, osobista pociecha.


Żródła:

"Poczet władców Francji" - autor: Tomasz Serwatka

19-04-2021

15-04-2021

18-10-2020

03-05-2020