Karol Ludwik Napoléon III Bonaparte (urodzony w Palais Royal, w Paryżu, 20 kwietnia 1808 roku, zmarł w Camden Place, Chislehurst, Kent, 9 stycznia 1873 roku) herb

Syn Ludwika Bonapertego, króla Holandii i Hortensji de Beauharnais, córki Aleksandra Franciszka Marii, wicehrabiego de Beauharnais i Marii-Josephe Rose Tascher de la Pagerie, cesarzowej Francuzów.

Jego Imperialna i Królewska Wysokość Książę Holandii jako Louis-Napoléon of France od 20 kwietnia 1808 roku do 9 lipca 1810 roku, Jego Imperialna Wysokość Książę Louis-Napoleon of France od 20 kwietnia 1808 roku do 20 grudnia 1848 roku, książę-prezydent Republiki Francuskiej jako Karol Ludwik Napoléon Bonaparte od 20 grudnia 1848 roku do 2 grudnia 1852 roku, szef rządu Republiki Francuskiej jako Karol Ludwik Napoléon Bonaparte od 26 października 1851 roku do 2 stycznia 1870 roku, Jego Cesarska Wysokość Cesarz Francuzów jako Napoléon III od 2 grudnia 1852 roku do 1 marca 1871 roku, książę Andory jako Napoléon I od 1866 roku do 4 września 1870 roku, Jego Cesarska Wysokość (tytularny cesarz Francuzów) jako Napoléon III od 1 marca 1871 roku do 9 stycznia 1873 roku.

W Château des Tuileries 29 stycznia 1853 roku (cywilny), w Notre Dame Cathedral 30 stycznia 1853 roku (religijny) poślubił Eugénię Marię Ignacię Augustinę de Palafox-Portocarrero de Guzmán y Kirkpatrick de Montijo (urodzona w Grenadzie, 5 maja 1826 roku, zmarła w Madrycie, 11 lipca 1920 roku), IX hrabinę de Teba, markizę de Moya, markizę d'Ardales, regentkę Cesarstwa Francuzów, córkę Cypriena de Palafox de Guzmán y Portocarrero, hrabiego de Montijo, Granda Hiszpanii i Maríi Manueli Kirkpatrick de Closeburn y de Grevignée, córki Williama Kirkpatricka of Closeburn, konsula USA w Maladze.

Brat Napoléona Ludwika II Bonapartego, księcia Cesarstwa Francuzów, wielkiego księcia Bergu i Cleves, tytularnego wielkiego księcia Bergu i Cleves, nomialnego króla Holandii, tytularnego króla Holandii.

Wprawdzie bratanek Napoleona "Wielkiego", Karol Ludwik Napoleon Bonaparte, stał się Napoleonem III dnia 2 grudnia 1852 roku, ale od czterech lat był już prezydentem II Republiki, to jest realnym władcą Francji. Koronacja na cesarza Francuzów wzorem genialnego stryja - była formalnym usankcjonowaniem stanu rzeczy u steru władzy, wytworzonego w ciągu owych czte­rech lat, a zwłaszcza po zamachu stanu z 4 grudnia 1851 roku.

Droga Napoleona III do pełni władzy była wieloetapowa i zręcznie przezeń prowadzona. Ostrożny konspirator, sprawnie wy­manewrował przeciwników oraz zneutralizował niezdecydowa­nych. Od młodych lat pragnął władzy po stryju, którego legendę z pietyzmem kultywował oraz cynicznie wykorzystywał. Po zgonie syna cesarza, Napoleona II w 1832 roku, stał się przywódcą bonapartystów. Droga do władzy była z początku bardzo trudna, ale dzięki samozaparciu i sprzyjającym okolicznościom zdobył ją w 1848 roku.

Syn Ludwika Bonaparte i Hortensji de Beauharnais, urodzo­ny w 1808 roku, tylko z zamglonych obrazów dzieciństwa pamiętał chwałę Cesarstwa. Miał skomplikowany charakter, jego osobo­wość pełna była paradoksów. Spokojny i flegmatyczny, a skłonny do awanturniczych przedsięwzięć; wyrachowany, a ryzykant; rea­lista w ocenianiu ludzi i fantasta w przewidywaniu wielu swych posunięć; pełen rezerwy w stosunkach międzyludzkich, a kobie­ciarz; wyrafinowany elegant i bywalec podejrzanych spelunek. Takie przeciwieństwa można by jeszcze wynajdować, ale już te pokazują, że nie można go zbyt jednoznacznie i kategorycznie oceniać.

Hortensja i Ludwik zostali wygnani z Francji przez Burbonów. Ona zamieszkała z Ludwikiem Napoleonem w zamku Aranenberg w Szwajcarii, on z synem Karolem w Italii. Właśnie w Rzymie skupił się w tym czasie klan Bonapartów, bo mieszkali tam matka cesarza Letycja i jego wuj kardynał Fesch. W Aranenbergu panował kult Cesarstwa, a matka wpajała Ludwikowi Napoleono­wi wielkie ambicje polityczne.

Chłopak był spokojny, nie sprawiał kłopotów wychowawczych. Od początku był skryty i na wszelkie indagacje otoczenia odpowia­dał zwykle enigmatycznym: oui, oui (tak, tak). Jego tajemniczość zaniepokoiła nawet nieco preceptorów, którymi byli niejaki ksiądz Hertrand (wolterianin i sceptyk religijny), a potem nauczyciel ła­ciny i greki - Le Bas, sympatyk rewolucji. Oprócz języków kla­sycznych młodzieniec poznał też niemiecki i francuski. Co ciekawe, najlepiej mówił po niemiecku, gorzej szło mu w mowie ojczystej (do śmierci mówił z twardym niemieckim akcentem). Potem książę poznał jeszcze dobrze angielski.

W 1820 roku matka posłała go do gimnazjum w Augsburgu w Bawarii. Rósł więc na pograniczu kulturowym Francji i Niemiec. Właśnie w gimnazjum przyjmował 5 maja 1821 roku dyskretne kondolencje preceptorów i kolegów z powodu zgonu stryja. Po szkole średniej studiował w szwajcarskiej wyższej szkole wojskowej w Thun, oczywiście - jako rasowy Bonaparte - artylerię. Był wzoro­wym elewem, uzyskał stopień kapitana artylerii i po paru latach napisał nawet książkę popularną "Manuel d'artillerie" (1835, "Pod­ręcznik artylerii").

Jak tedy widać, młody Ludwik Napoleon był człowiekiem inteligentnym i dobrze wykształconym. Znał historię, języki obce, ale też i nauki ścisłe (matematyka, chemia). Po latach (będąc w więzieniu, w twierdzy Ham) poznał również gruntownie ekonomię. Miał też i pewien talent pisarski. Obdarzony wielkimi ambicjami, podsycanymi przez matkę, miał sporo zadatków na dobrego poli­tyka i przyszłego władcę; był opanowany, ukrywał emocje, nieźle znał arkana władzy.

Był jednak w jego postaci jakiś rys awanturnictwa, a nawet szaleństwa. Lubił pchać się w rozmaite podejrzane imprezy poli­tyczne, niedostatecznie przygotowane pucze i powstania; często całkowicie błędnie oceniał szanse swych przedsięwzięć.

Tryb życia księcia był swobodny, libertyński. Lubił wypić i za­bawić się w towarzystwie kobiet, często dam lekkiego obyczaju; w swych gustach pod tym względem nie był też zbyt wybredny. Złośliwi mawiali, iż połowę życia spędził w burdelach i podej­rzanych knajpach. Było to tylko częściowo prawdą, bo jeszcze przecież poza tym robił coś innego. Gdyby tak nie było, nie zostałby cesarzem Napoleonem III. Z wyglądu był mało atrakcyj­nym mężczyzną: niski (166 cm), średniej budowy, o żółtawej cerze. Miał jednak zawsze duże powodzenie u kobiet, które potrafił oczarowywać.

Jesienią 1830 roku wyprawił się do Włoch. Nie sprecyzował bliżej celów, toteż była to eskapada w dużej mierze szaleńcza. Związany był z karbonariuszami włoskimi i chciał powiększyć swą popu­larność stając na czele ich rewolty przeciw papieżowi w Państwie Kościelnym. Połączył się przy tym z bratem Karolem i razem uczestniczyli w awanturniczej imprezie, mimo ostrzeżeń rodziców, babki Letycji i kardynała Fescha. Oświadczyli oni młodym ludziom wyraźnie, że nie będą ich ratować, gdy wpadną w ręce Austriaków.

O mało tak się nie stało, bo papież Grzegorz XVI, poprosił Wiedeń o pomoc i Austriacy w mig zdusili rewoltę. Bracia uciekli w ostatniej chwili, ale Karol zmarł po drodze na odrę; matka przybyła do Italii i zabrała wycieńczonego, obdartego i ledwo żywego Ludwika Napoleona do domu. Miał wtedy dwadzieścia dwa lata.

Udali się teraz do Francji Ludwika Filipa, prosząc o wsparcie materialne. Hortensja podnosiła wobec króla (na specjalnej au­diencji), że syn jej jest słaby i chory i potrzebuje opieki. "Król bankier" odpowiadał łaskawie, ale sugerował całkowitą apolitycz­ność Ludwika Napoleona, a nawet zmianę przezeń nazwiska. Tymczasem prince-imperial (książę cesarski czy książę Cesarstwa, jak zaczęto go nazywać) - rzekomo bardzo słabowity - z wielką energią zażywał różnych uciech życia i podsycał własną popular­ność w Paryżu. W końcu Ludwik Filip uznał go za zbyt niebezpiecz­nego dla trwałości reżimu i polecił wyjechać z kraju.

Książę znalazł się tedy razem z matką znów w Aranenbergu. Po 1832 roku zaczął się tam tworzyć główny ośrodek akcji bonapartystowskiej. Przybył tam Jean Gilbert de Persigny, fanatyk bonapartyzmu, stając się od tej pory prawą ręką księcia. Szykowano pucz antyorleański, który finansować miała pani Eleonora Gor­don, zamieszkała w Londynie córka napoleońskiego oficera. Była wdową po bardzo bogatym Brytyjczyku, zagorzałą bonapartystką, a z czasem stała się też kochanką księcia.

Uderzenie zaplanowano w Strasburgu. Persigny, który był Viritus movens akcji, chciał zdobyć tamtejszy garnizon i maszero­wać na Paryż. Nierealność całej akcji - opartej na zamiarach przekupienia lub zastraszenia kilkunastu osób tudzież poderwania ludzi hasłem Vive Napoléon! - była oczywista. Wielu Francuzów manifestowało antypatię do reżimu Ludwika Filipa i sympatię dla Aranenbergu (wizyty La Fayette'a, Dumasa, Chateaubrianda, Delavigne'a), ale tylko garstka chciała rzeczywistej walki i zmiany układu politycznego. Orleńczyk jeszcze mocno siedział na tronie.

Podczas puczu 29 października 1836 roku, dwudziestoośmioletni Ludwik Napoleon zachowywał się dziwnie. Był niezdecydowany, chwiejny, bezwolny. Kiedy aresztowano dowódcę garnizonu sztras­burskiego, generała Voirola, książę nieostrożnie pozwolił mu uciec, CO sprowadziło wojska rządowe i było końcem awantury. Wszyst­kich rebeliantów zatrzymano. Prokurator oświadczył zdruzgotanemu księciu brutalnie i po chamsku: "Miecz Austerlitz jest za ciężki na twoje ręce, debilu!". Prasa ośmieszyła pucz i jego bohatera, a król postanowił wysłać księcia do Stanów Zjednoczo­nych (na własny koszt).

Z pewnością posunięcie Ludwika Filipa było zbyt wyrozumia­li-, bo wielu jego doradców radziło oddać Ludwika Napoleona do domu wariatów, ale władca widocznie nie chciał robić zeń męczen­nika. Nie dość, że opłacił mu podróż do Stanów, to obiecał jeszcze milion franków w złocie za zobowiązanie się do niepowracania do Europy.

Książę męczył się i nudził w Stanach. Po roku wrócił niele­galnie do Aranenbergu, do łoża umierającej matki. Odeszła w październiku 1837 roku Rząd Francji domagał się od władz Szwajcarii wydalenia księcia, toteż udał się on do pani Gordon, do Londynu. Tam przez dwa lata prowadził bardzo wystawne życie (miał spadek po matce i pieniądze kochanki), przyjmowany w salonach arysto­kratycznych. Tam napisał książeczkę Idee Napoleońskie w 1839 roku, klóra wykreowała pozytywny mit cesarza jako dobrotliwego "ojca narodu" i spadkobiercę idei rewolucji francuskiej.

Praca ta trafiła na podatny grunt tęsknoty za bonapartyzmem i zniechęcenia Francuzów do rządów Ludwika Filipa. Księciu wy­dawało się, że drugi pucz da mu władzę. 5 sierpnia 1840 roku wypłynął garstką współpracowników z wybrzeża brytyjskiego do Francji, na statku "Edinbourgh-Castle". Punktem docelowym był port Bou­logne, po opanowaniu którego szykowano się do zajęcia Lille.

Nie wiadomo właściwie, na co liczyli książę i Persigny. Zostali natychmiast zatrzymani przez straż portową i odstawieni do wię­zienia. Ludwik Napoleon na sześć lat poszedł do twierdzy Ham. Prasa francuska nazywała go "godnym politowania awanturni­kiem", "szaleńcem", "karykaturą przywódcy", "awanturnikiem ogar­niętym monomanią", "bałwanem", "postacią żałośnie śmieszną". Podobne były opinie zagranicy (nawet prasy angielskiej). Ojciec księcia, stary Ludwik Bonaparte, i reszta żyjącego klanu także całkiem się odeń odcięli. Czołowy paryski organ rządowy "Le Journal de Débats" stwierdził podsumowująco: "Pomyleńców nie zabija się, lecz po prostu zamyka".

Przed Sądem Parów książę zachowywał flegmatyczny spokój, zimną krew i godną podziwu przytomność umysłu. Swymi ripo­stami na pytania sądu wprowadzał to dostojne gremium w kons­ternację. Gdy prezes sądu baron Pasquier zapytał go, jakim pra­wem nosi Legię Honorową, odparł wyniośle: "Znalazłem ją w swej kolebce!". Błyskotliwość ta niewiele mu pomogła, bo skazano go na dożywocie. Po ośmiu latach miał jednak tę satysfakcję, że ten sam butny Pasquier trząsł się przed nim jako przed prezydentem, w pokorze błagając o zmiłowanie.

W więzieniu siedział sześć lat. Warunki miał nie najgorsze, wyżywienie niezłe, książki, opiekę lekarską. Pisał i czytał sporo. Kiedy po latach, gdy był już cesarzem, współpracownicy podziwiali jego dobrą orientację w ekonomii, sucho odpowiadał: "Mam za sobą sześć lat intensywnych studiów na uniwersytecie w Ham".

Kiedy po pół roku książę stracił spokój i zaczął nie wytrzy­mywać psychicznie swego położenia tudzież chorować, jego przy­boczny lekarz (dr Conneau, któremu zezwolono na towarzyszenie więźniowi) wyprosił u komendanta twierdzy zgodę na sprowadze­nie Napoleonowi kochanki. Była nią niejaka Eleonora Vergeot, miejscowa szwaczka. W twierdzy nazywano ją ironicznie "cesa­rzową", bo regularnie odwiedzała więźnia, dając mu dwóch synów. Potem za swych rządów Napoleon hojnie uposażył swoich bastardów.

Jak widać, Ludwik Filip był dlań litościwy, na swą własną zgubę. Po 1840 roku nastroje bonapartystowskie ogromnie wzrosły, a słabość reżimu pogłębiała się sukcesywnie. Więzień Ham miał trzydzieści parę lat i wciąż szerokie perspektywy. Był do tego stopnia pewny siebie, że zwrócił się w 1844 roku do króla w prośbą o "czasowy urlop" celem udania się do łoża umierającego ojca. Guizot wszak uzależnił ewentualną zgodę od rezygnacji z roszczeń politycznych i sprawa została zamknięta. W maju 1846 roku książę uciekł z Ham, wykorzystując naiwność i nieostrożność pilnujących go strażników. Ku wściekłości króla i Guizota ruszył do Londynu.

Tu przez dwa lata udawał człowieka apolitycznego, pogrążony w rozrywkach, życiu towarzyskim (znów przyjmowano go w sa­lonach) oraz intensywnej lekturze (przesiadywał w bibliotece Ikitish Museum). Porzucił już panią Gordon, a jego nową kochan­ką i "sponsorką" stała się eks-kurtyzana panna Howard, uchodzą­ca za bonapartystkę; niektórzy uważali ją za agentkę rządu bry­tyjskiego. Na wieść o rewolucji lutowej zerwał się z fotela w British Museum, zapominając parasola i rękawiczek. 27 lutego 1848 roku ruszył do Francji. W drodze przez kanał La Manche o mało nie minął się z Ludwikiem Filipem, z którym teraz zamienili się rolami.

Książę przyjął w Paryżu postawę ostrożną i wyczekującą. Nie afiszował się z dążeniem do władzy, ale przez cały czas prowadził zręczną propagandę bonapartystowską. Gdy lider rządu tymcza­sowego Lamartine wyraził niezadowolenie z działalności księcia w stolicy, ten wyjechał do Londynu i sprawy krajowe oddał Persigny'emu. Czas grał na korzyść pretendenta, bo rządy burżuazyjno-republikańskie same się kompromitowały. 25 lutego 1848 roku utworzono II Republikę, w której władzach ścierali się republikanie (Lamartine, Arago, Ledru-Rollin, Barrot, Tocqueville, Thiers), monarchiści oraz przywódcy ruchu robotniczego (Blanc, Blanqui, Al- bert). W wyborach do Zgromadzenia Narodowego zwyciężyli prawicowi republikanie (23 kwietnia), na co lewica i robotnicy zareagowali wrogą manifestacją 15 maja. W kraju narastał chaos, bo nastroje społeczne radykalizowały się, a robotnicy nie byli wcale dopuszczeni do życia politycznego. Wręcz przeciwnie, burżuazja chciała zagarnąć całą władzę.

Masy ludowe zareagowały na to potężnym zrywem w Paryżu, w dniach od 23 do 26 czerwca 1848 roku. Najwięcej barykad stanęło na robotniczym przedmieściu Saint-Antoine. Przerażony rząd re­publikański i "demokratyczny" zgotował powstańcom krwawą jat­kę. Wysłano wojsko i Gwardię Narodową z generałem Cavaignac na czele, aby stłumili rewoltę. Po krwawym zwycięstwie utworzo­no w obawie przed ludem półdyktaturę Cavaignaca, zwanego "czerwcowym rzeźnikiem". Napoleon w Londynie skomentował to trafnie: "Ten człowiek toruje mi drogę do władzy".

Istotnie, mit "dobrego cesarza Bonaparte" był silny także wśród robotników, a po jatce czerwcowej jeszcze bardziej się umocnił. Zaraz po tych wydarzeniach książę wrócił do Francji i został deputowanym Zgromadzenia Narodowego. Pracując w Iz­bie udawał naiwnego, pozując na człowieka nieudolnego i ocięża­łego umysłowo. Czekał na swoją godzinę, a z natury był dosyć uparty i cierpliwy. Siedział w ławach poselskich milczący i jakby nieobecny. Dawał się innym poniżać, nie reagował na docinki i złośliwe komentarze. Pokornie znosił impertynencje Thiersa i tylko wszystkiego bardzo dokładnie słuchał.

Szczytem bezczelności ze strony Thiersa oraz dobrego aktors­twa i mocnych nerwów ze strony księcia była ich rozmowa (a raczej monolog "karła") z listopada 1848 roku w którymś z paryskich salonów. Thiers powiedział wtedy do pretendenta:

"Będę mówił z całą otwartością. Francja nie zna pana. Jeśli zostanie pan wybrany [na prezydenta II Republiki - T.S.], to jedynie dzięki nazwisku, które pan nosi. Ale ma to nie tylko dobre strony, ma również dla pana ujemne konsekwencje. Nie przyznaje się panu wielkich zalet umysłowych stryja. Możliwe, że opinia taka wyrządza panu krzywdę. Nazwę rzecz po imieniu: uważany pan jest za beztalencie".

Książę nic na to nie odpowiedział.

Dzięki takiej taktyce większość jego partnerów politycznych nie doceniała go. Miało się to na nich zemścić już niedługo. Nieliczni byli tacy przeciwnicy, jak Alexis de Tocqueville, który stwierdził w swych pamiętnikach:

"Był on więcej wart niż nie bez racji można było sądzić z jego dotychczasowego życia i jego szalonych wyczynów. Takie na mnie sprawił wrażenie już w pierwszych kontak­tach. Zaskoczył tym swoich przeciwników, a być może bar­dziej jeszcze swych przyjaciół [...] jakoż większość tych ostatnich wsparła go nie dla jego przymiotów, lecz z powodu jego rzekomej miernoty. Liczyli, że uczynią sobie z niego po­wolne narzędzie, które łatwo będzie można odrzucić. W czym srodze się omylili".

Sytuacja jesienią 1848 roku przypominała w dużej mierze tę sprzed niemal pięćdziesięciu lat. Ta sama popularność Bonapartego w społeczeństwie, ten sam bałagan w państwie, ta sama słabość rządu republikańskiego. Robotnicy nienawidzili Cavaignaca (ów­cześnie lidera burżuazji), chłopi tradycyjnie optowali za Napoleo­nem, a i większość burżuazji wolała rządy silnej ręki od niepewnej władzy Zgromadzenia Narodowego. Konstytucja z 4 listopada zadekretowała wybory prezydenta na czteroletnią kadencję. Miał on być wybrany w powszechnych wyborach, co było pomysłem Lamartine'a, który błędnie rachował na swą popularność. Gdyby prezydenta wybierało Zgromadzenie Narodowe, byłby nim z pew­nością Cavaignac.

Naród wszak w powszechnym głosowaniu (7327 tysiące upraw­nionych) wybrał 10 grudnia 1848 roku prezydentem II Republiki księcia Ludwika Napoleona Bonaparte. Miał olbrzymią przewagę, bo 5434 tysiące głosów. "Rzeźnik czerwcowy" dostał 1,5 miliona, Lamartine zaś całkiem się ośmieszył liczbą około 17 tysięcy głosów.

Prezydent Bonaparte zamieszkał teraz w Pałacu Elizejskim. Kadencja miała trwać cztery lata, ale on myślał już perspekty­wicznie o pałacu stryja w Tuileries. Dążył do osłabienia reżimu republikańskiego, co doprowadziło do konfliktu ze Zgromadze­niem Narodowym, zwanym teraz Zgromadzeniem Prawodaw­czym. Pierwsze gabinety rządowe były jeszcze obsadzone przez jego przeciwników, na przykład rząd Odillona Barrot z Tocquevillem w roli ministra spraw zagranicznych, ale prezydent stop­niowo się umacniał. Pozyskał nie tylko bonapartystów, ale daw­nych orleanistów i rojalistów, którzy stworzyli teraz tzw. Partię Porządku, dążącą do restytucji monarchii.

Poparli go też - co było pewnym paradoksem, z uwagi na jego libertynizm umysłowy i obyczajowy - katolicy i Kościół, których pozyskał sobie m.in. wysyłając do Rzymu korpus generała Oudinota na pomoc papieżowi. Republikańskie Zgromadzenie Prawo­dawcze popierało republikańską rewoltę w Italii, toteż stanęło wobec prezydenta okoniem. Niegdysiejszy karbonariusz Bona­parte poparł teraz papieża broniącego dawnego porządku. Jeździł też po całej Francji, umacniając swą popularność w szerokich masach ludu.

Wszystko to było przygrywką do zamachu stanu w nocy z 2 na 3 grudnia 1851 roku Napoleon musiał go dokonać, bo kończyła się powoli kadencja, a Zgromadzenie chciało usunąć go od steru. Zamach przygotowywali Persigny oraz przyrodni brat prezydenta Karol de Morny (syn Hortensji ze związku z adiutantem Napoleo­na I - Flahautem). Aresztowano liderów Zgromadzenia. Thiers i Cavaignac zostali deportowani za granicę. Plebiscyt z 20 na 21 grud­nia 1851 roku ogromną większością głosów zapewnił prezydentowi władzę na dalsze dziesięć lat. W styczniu 1852 roku wprowadził się on do Tuileries. Nowa konstytucja dała mu uprawnienia dyktatorskie, a tzw. Ciało Prawodawcze było tylko organem dekoracyjnym.

Teraz książę jeździł po prowincji sondując, czy można już wprowadzić cesarstwo. Wreszcie w październiku 1852 roku w Bor­deaux ogłosił rychłe wprowadzenie cesarstwa. Gdy powracał do stolicy, na Łuku Triumfalnym widniał już napis: "Napoleon III uratuje współczesną cywilizację. Witaj, Cezarze!". Wszystko teraz poszło szybko. 21 listopada plebiscyt ludowy usankcjonował ce­sarstwo (7800 tysięcy za, 250 tysięcy przeciw, 2 miliony wstrzymu­jących się). Koronacja Napoleona III, cesarza Francuzów, nastą­piła 2 grudnia 1852 roku, w czterdziestą ósmą rocznicę koronacji Napoleona I, w czterdziestą siódmą rocznicę bitwy pod Austerlitz. Był to wielki dzień Bonapartów, dzień-symbol chwały Cesarstwa. Człowiek wielokrotnie lekceważony i upokorzony, wyzywany od obłąkańców i debilów, więzień i tułacz, został władcą jednego z pierwszych mocarstw kontynentu. Bonapartyzm święcił ponownie swój triumf. Napoleon Wielki zwyciężył zza grobu. Nowy cesarz miał czterdzieści cztery lata.

Cesarstwo musiało się umocnić. Ograniczono swobodę sło­wa, wprowadzono cenzurę, zdławiono opozycję (Thiers, Guizot), zamknięto usta intelektualistom (Michelet, Hugo, który wyemig­rował mszcząc się na cesarzu w swej twórczości i nazywając go "Napoleonem Małym"), inni malkontenci jak Tocqueville sami usunęli się w cień.

Napoleon III postanowił też wreszcie się ożenić. Miał już swoje lata, a ciągle był kawalerem. Cesarstwo zaś pilnie potrzebo­wało następcy tronu. Wybranką imperatora została arystokratka hiszpańska, Eugenia de Montijo, hrabianka de Teba. Zawarty w styczniu 1853 roku związek był małżeństwem z miłości. Cesarzowa była nie tylko piękna, ale i ambitna oraz chciała wpły­wać na sprawy polityczne. W pewnej mierze jej się to udawało, bo

Napoleon nie miał zbyt żelaznej woli i lubił ulegać doradcom. Dała mu syna jedynaka, Eugeniusza Ludwika (1856-1879), które­go ojciec bardzo kochał i niesłychanie rozpieszczał.

Polityka wewnętrzna cesarza była obliczona na zapewnienie dobrobytu możliwie szerokim rzeszom społeczeństwa. Udało mu się to osiągnąć do tego stopnia, że nawet położenie robotnika francuskiego było znacznie lepsze niż robotnika w pozostałych krajach Europy. Bogaciła się oczywiście w pierwszym rzędzie burżuazja, ale już nic tylko ta najbogatsza (jak za Ludwika Filipa), lecz równomiernie w swej masie. Chłopu było prawie tak dobrze, jak za Henryka IV; wieś była zresztą od kilkudziesięciu lat ostoją bonapartyzmu. Rolnicy stanowili dobrą bazę polityczną dla ce­sarstwa, bo stanowili około trzy czwarte z 36 milionów Francuzów.

Cesarstwo Napoleona III to epoka niesłychanej prosperity gospodarczej. Po Anglii wiktoriańskiej Francja stanęła pod tym względem na drugim miejscu w skali świata. Nastąpił niepomierny w stosunku do minionych czasów wzrost przemysłu i rolnictwa, sieci komunikacyjnej i budownictwa. Napoleon jednak starał się osłabić drapieżność tego bujnego kapitalizmu, przez zapewnienie plebsowi osłony socjalnej. Miał podobny instynkt "ludowy" jak Henryk IV, jeździł po kraju, odwiedzał przytułki dla nędzarzy, szpitale i sierocińce. Lansował hasło likwidacji pauperyzmu i rze­czywiście zapewniał możliwie szerokim masom bezpieczeństwo zdrowotne i materialne. Nie mogło to być oczywiście bezpieczeńs­two dosłownie dla każdej rodziny, ale i tak Napoleon wyprzedził swoje czasy w ustawodawstwie socjalnym.

Początkowo udało mu się to uczynić przysłowiową metodą Janosika: skonfiskował cały ogromny majątek Ludwika Filipa Or­leańskiego (jakże był tu niewdzięczny dla swego "dobrodzieja", który ongiś wysłał go na własny koszt do Stanów Zjednoczonych!) i jego rodziny, z czego dziesięć milionów franków przeznaczył na założenie państwowych stowarzyszeń wzajemnej pomocy we wszystkich gminach kraju. Następnie założył lombardy państwo­we, chroniące przed namolnymi lichwiarzami przyciśniętych do muru robotników. Cesarzowa patronowała żłobkom, sierocińcom tudzież towarzystwom opieki nad matką i dzieckiem.

1 czerwca 1853 roku cesarz wydał dekret będący ewenementem w historii powszechnej: utworzył "rady pojednawcze" skupiające przedstawicieli pracodawców i pracowników, łagodzące konflikty w przedsiębiorstwach. Najlepszym dowodem troski władcy o lud­ność żyjącą z pracy najemnej jest to, że w ciągu dwudziestu lat jego rządów płace realne tej sfery wzrosły o 25 procent, czyli jak nigdzie w ówczesnym świecie.

W zamian za ów względny dobrobyt Napoleon oczekiwał od mas spolegliwości i potulności. W 1859 roku "łaskawie" zwolnił z więzienia lidera lewicy Blanquiego, w 1864 roku zniósł karalność za strajki. Ze strony robotników miał spokój. Lata pięćdziesiąte były wszak okresem ogólnego ograniczenia swobód obywatelskich. Ce­sarz chciał jak najbardziej umocnić się i pilnie dbał, aby nie po­wstały jakiekolwiek siły odśrodkowe. Sterowano prasą, wydaw­nictwami, nauką i oświatą, opozycji prawie nie było, administracja manipulowała wyborami do Ciała Prawodawczego.

Demokracji nie było, ale za to wszyscy żyli dobrze. Symbolem świetności Cesarstwa stały się dwie powszechne wystawy światowe (1856 i 1867), na które przybyły rzesze polityków i handlowców z całego świata. Napoleona odwiedzała kilkakrotnie królowa brytyj­ska Wiktoria, byli w Paryżu car Aleksander II i Bismarck. Kraj nie tylko wydobył się z izolacji międzynarodowej, ale promieniował blaskiem dawnej świetności.

Wypiękniał Paryż, wypiękniały inne miasta Francji, albowiem urbanistyczne plany cesarza przerastały nawet gigantyczne zamie­rzenia Ludwika XIV. Drugie Cesarstwo miało być tak świetne i bogate, jak jego pierwowzór sprzed pół wieku. Plany urbanistycz­ne zrealizował bliski współpracownik imperatora Georges Haus­smann (1809-1891), Alzatczyk z pochodzenia, prawnik z zawodu. Poszerzył ulice (złośliwi mawiali - żeby utrudnić budowanie bary­kad), przebudował Paryż, likwidując przy tym wiele zabytków, uczynił go przestronniejszym i bardziej reprezentacyjnym. Po­wstały gwiaździste place, Lasek Buloński, słynne bulwary nad Sek­waną. Stolica Napoleona była znów stolicą Europy.

Polityka wewnętrzna przyniosła więc sukcesy. Jedynym man­kamentem z punktu widzenia cesarza była demokratyczno-republikańska opozycja. W latach sześćdziesiątych, gdy jego reżim ustabilizował się, a on sam postarzał, poluzował trochę opozycji. Po 1863 roku wybory były coraz uczciwsze i deputowani antyrządowi znaleźli się w parlamencie, samo Ciało Prawodawcze zyskało szer­sze uprawnienia, Thiers i inni malkontenci powrócili do życia politycznego. Co więcej, ludzie podobni jemu, jak Jules Favre, Emilie Ollivier, Henri Rochefort, Leon Gambetta i inni, korzysta­jąc z "odwilży" i ze złagodzenia cenzury, bezlitośnie i coraz głośniej atakowali reżim, co osłabiało prestiż Napoleona i walnie ułatwiło jego zdetronizowanie w chwili klęski we wrześniu 1870 roku.

Politykę zagraniczną Napoleona III ocenia się najczęściej przez pryzmat straszliwej klęski w wojnie 1870 roku z Prusami, toteż wypa­da ona raczej źle. Moim zdaniem takie stawianie sprawy jest niesłuszne i ahistoryczne, bo Napoleon odniósł spore sukcesy na scenie międzynarodowej, a fatalne błędy popełnił dopiero w latach 1866-1870.

Od początku panowania Napoleon III miał idée fixe, jaką była chęć obalenia porządku europejskiego po 1815 roku, obalenie Świę­tego Przymierza Rosji, Austrii i Prus, skłócenie pogromców jego stryja, wyrzucenie z Włoch Austriaków, a Rosjan znad Morza Czarnego, zdobycie nowych kolonii i dominacja w zachodniej Rzeszy. Wszystkie te ambitne plany chciał osiągnąć nie wielkimi wojnami - jak stryj - ale konfliktami lokalnymi tudzież dobrą dyplomacją. Jej szefem był długo kuzyn cesarza, syn Napoleona I i Marii Walewskiej, Aleksander Walewski (1810-1868).

Trzeba przyznać, że większość z tych zamiarów udało się ce­sarzowi zrealizować, ale końcówka zawiodła. Źle ocenił siły Aus­trii i Prus, za co zapłacił utratą władzy. Intuicja polityczna tym ra­zem nie dopisała, był też schorowany i przedwcześnie postarzały.

Tymczasem jednak sprawy szły dobrze. W latach pięćdzie­siątych cesarz zbliżył się do Anglii (zawsze był zresztą anglofilem), aby nie dopuścić do jej sojuszu z Wiedniem, Berlinem i Peters­burgiem. Chciał też uzyskać oddech w koloniach, do czego warun­kiem sine qua non była neutralność Albionu. Jak widać, wyciągnął naukę z gorzkiego doświadczenia stryja. W sojuszu z Londynem w latach 1853-1856 toczył na Krymie wojnę z Rosją w obronie Turcji.

Wojna krymska nie zyskała zbytniej popularności we Francji, bo żołnierz bił się daleko i o obcą sprawę. Były jednak chwile dumy i chwały oręża francuskiego, gdy generał Mac-Mahon (1808-1893) we wrześniu 1855 roku zdobył na Krymie Kurhan Małachowa. Zrealizowano odwet za rok 1815, za parady cara po Paryżu. Odsunięto carat od panowania nad Morzem Czarnym i od wpływów w Turcji.

Pokój paryski z marca 1896 roku wprawdzie nie dawał Francji bezpośrednich profitów, ale wydatnie podnosił jej prestiż w Eu­ropie. Kongres odbył się w stolicy Napoleona, on sam - do niedaw­na ledwie tolerowany przez innych monarchów - uznany został za arbitra Starego Kontynentu. Rosja wychodziła z wojny mocno osłabiona i upokorzona, Anglia stawała się sojusznikiem Francji, postępowała sukcesywnie izolacja dyplomatyczna Austrii. Gwiaz­dami kongresu pokojowego byli dwaj napoleonidzi - cesarz i Wa­lewski. W parę miesięcy potem królowa Wiktoria, jej mąż Albert i książę Walii - przybywszy na wystawę światową - pokłonili się przy grobie największego wroga Anglii - Napoleona I, w kościele In­walidów.

Napoleon postanowił dalej prędko wykorzystywać dogodną koniunkturę i wyrzucić Austriaków z Italii. Austria była po wojnie krymskiej skłócona z Rosją, której uprzednio nie pomogła w opre­sji, oraz z Prusami (problem: kto ma zjednoczyć Niemcy). Młody cesarz Franciszek Józef I słabo dawał sobie radę w rządzeniu. Napoleon postanowił podnieść sprawę wyzwolenia i zjednoczenia całych Włoch, sprzymierzając się z Królestwem Piemontu, położo­nym w północno-zachodniej Italii. To właśnie premier tego kraju Camillo Benso di Cavour (1810-1861) stał się spiritus movens ruchu na rzecz niepodległości i zjednoczenia Włoch, risorgimento.

Latem 1858 roku cesarz i Cavour spotkali się potajemnie w uzdrowisku Plombieres w Wogezach i uzgodnili scenariusz wyda­rzeń. Najpierw Piemont miał sprowokować Austrię do wojny, a potem Francja miała poprzeć Piemont i pokonać Austriaków. Ustalono też nowy podział Włoch po wojnie, równoważąc wpływy Piemontu, Państwa Kościelnego i Francji, która miała dostać od Włoch Niceę i Sabaudię.

Tak zaplanowana wojna wybuchła w maju 1859 roku. Cesarz zapewnił sobie przezornie neutralność Anglii, Prus i Rosji i roz­gromił Austriaków pod Magenta i Solferino (czerwiec). Już jed­nak 6 lipca zawarł osobiście z Franciszkiem Józefem pokój w Villafranca. Sytuacja zaczęła się bowiem komplikować. Zwycięstwa Francuzów zaniepokoiły Rosję i Prusy (te skoncentrowały nawet wojska nad granicą z Francją), a i sytuacja we Włoszech zaczęła wymykać się z rąk Napoleona. Republikanie w imię risorgimento wszędzie wywoływali rewolucje, hegemonia Paryża za Alpami sta­wała się zatem problematyczna. Dlatego też na mocy traktatu z Austrią Francja dostała Lombardię z Mediolanem, a Wiedeń za­trzymał Wenecję. Zaraz potem cesarz przekazał Lombardię Pie­montowi. Cavour obraził się na cesarza i - oskarżając Francuzów o "zdradę" (zapomniał chyba, że tylko dzięki Napoleonowi w ogóle zaistniał na scenie europejskiej) - podał się do dymisji.

Napoleon odniósł sukces połowiczny, bo Austriacy wycofali się z Włoch, ale z kolei powstało u granic Francji nowe dość duże państwo, które wcale nie musiało się z nią we wszystkim zgadzać. W 1860 roku Piemont oddał Francji Niceę i Sabaudię, a w marcu 1861 roku powstało już Królestwo Włoch. Od początku zadrażnienie w stosunkach młodziutkiego państwa z Napoleonem III stanowiła sprawa Rzymu papieskiego, którego cesarz - ze względu na opinię katolików francuskich - nie pozwolił Włochom zająć. Garnizon francuski wycofał się stamtąd dopiero po upadku cesarza w 1870 roku i Wieczne Miasto zostało stolicą Italii, papież zamieszkał zaś w Watykanie.

Napoleon III wyciągnął natomiast profity ze zbliżenia z Londynem. We współpracy z nim osiągał dla Francji więcej, niż gdyby toczył zażarte boje kolonialne. W 1856 roku stanął solidarnie po stronie Anglii w wojnie z cesarstwem chińskim (tzw. druga wojna opiumowa), uzyskawszy bardzo korzystne koncesje hand­lowe w Chinach. Rozpoczął też penetrację Indochin. W 1859 roku Francja zajęła Sajgon, a w 1867 roku ogłosiła protektorat nad Kam­bodżą. W 1860 roku cesarz zawarł traktat handlowy z Anglią; po­dzielono się wpływami w Azji.

W Afryce Północnej (Algier) Francuzi umacniali swą kolo­nizację, natomiast niepomyślnie zakończyła się próba penetracji Ameryki. Podjęli ją zresztą nie tylko Francuzi, ale i Anglia, Hisz­pania i Austria. Szło o Meksyk, kraj bogaty, lecz zanarchizowany przez wojnę domową. Od 1823 roku Stany Zjednoczone ogłosiły światu swój monopol na hegemonię w całej Ameryce (tzw. doktryna Monroego: Ameryka dla Amerykanów), ale w latach 1861-1865 były pogrążone w strasznym odmęcie wojny secesyjnej i Europa postanowiła to wykorzystać.

Przeciwko republikańskiemu reżimowi Juareza w Meksyku powstała interwencja kolonialna Francji, Anglii i Hiszpanii. Jed­nakże dwa ostatnie kraje szybko dały sobie spokój, a do awantury przystąpił tylko Napoleon III. Pod naciskiem opinii katolickiej, cesarzowej Eugenii oraz bankierów spodziewających się olbrzy­mich zysków po podboju Meksyku - cesarz w 1862 roku skierował za ocean armię francuską na czele z generałami Bazainem, Foreyem i Douaisem. Zdobyli oni stolicę Meksyku, osadzając na tronie w 1863 roku Maksymiliana Habsburga, młodszego brata cesarza Aus­trii.

Był to już okres pewnego zbliżenia francusko-austriackiego i Napoleon marzył o wielkim katolickim cesarstwie Meksyku pod protektoratem Francji, z Habsburgiem na czele. Rojeniom tym położyła kres nader smutna rzeczywistość, bo republikanie Juareza pokonali Francuzów, a po 1865 roku. Stany Zjednoczone kategorycz­nie zażądały od Napoleona wycofania się z kontynentu amery­kańskiego. Cesarz ustąpił, a sam nieszczęsny Maksymilian (nie chciał wyjechać do Europy) został pokonany i wraz z najbliższymi druhami rozstrzelany przez Meksykanów w 1867 roku.

Druga połowa lat sześćdziesiątych to także kłopoty Napole­ona w Europie. W roku 1863 wybuchło w Polsce powstanie i cesarz zaangażował się w jego dyplomatyczne poparcie. Robił to wbrew sobie, bo nie chciał się narażać carowi. Wysłał jednak razem z Austrią i Anglią dwie noty w obronie Polaków. Nic one nie dały, bo carat je bezwzględnie odrzucił, a zyskał tylko przebiegły pre­mier Prus, Otto von Bismarck. Dążył on do zjednoczenia Niemiec przez Prusy "krwią i żelazem", do czego potrzebne mu były: popar­cie Rosji, rozbicie Austrii i klęska Francji. Wszystko to po kolei zrealizował. W lutym 1863 roku zaoferował Rosji pomoc w zdławie­niu powstania styczniowego, czym uzyskał sojusz rosyjsko-pruski oraz zgodę na zjednoczenie Rzeszy. Popsuły się natomiast zdecy­dowanie stosunki caratu z Napoleonem III.

W 1865 roku Napoleon stanął przed najcięższym egzaminem: problemem zjednoczenia Niemiec. Przecenił tu siły Austriaków i de facto poparł Bismarcka, naiwnie licząc na życzliwość zwycięs­kich Prus dla siebie, a nawet na to, że oddadzą one Francji linię Renu. Dlatego podczas poufnego spotkania z Bismarckiem w październiku 1865 roku w uzdrowisku Biarritz (nad Atlantykiem, blisko granicy hiszpańskiej) cesarz obiecał neutralność Francji w wojnie prusko-austriackiej. Schorowany, wymęczony, ulegający zmiennym nastrojom, powiedział Bismarckowi: "Niechaj sprawy dojrzeją same". I dojrzewały.

Bismarck wzrósł w pewności siebie, zobaczywszy nieudolność cesarza (po powrocie do Berlina opowiadał, jakim Napoleon jest "nieudacznikiem"). 3 lipca 1866 roku pod czeską wioską Sadowa Prusacy rozbili w perzynę armię austriacką i definitywnie wyeli­minowali wpływy Wiednia z Rzeszy. Teraz pozostało im tylko powalić Francję. Tuż po Sadowie opozycja z Thiersem na czele alarmowała, że w bitwie tej pokonano nie tylko Austrię, ale i Francję. Cesarz jednak zachowywał pozory spokoju i zimnej krwi.

Bismarck był świetnie przygotowany do wojny i tylko czyhał na pretekst do jej wywołania. Napoleon zaś nie potrafił ani przy­gotować do walki armii, ani zapewnić sobie poparcia Włoch, Anglii i Austrii. W istocie nikt nie chciał zwycięstwa Francji, która wszystkim wydawała się zbyt silna, Anglii na morzach i w kolo­niach, Włochom z powodu okupacji Rzymu, Austriacy pamiętali o roku 1866.

Co gorsza, cesarz dał się wciągnąć w intrygę Bismarcka i postawił się w roli agresora. Stało się to w lipcu 1870 roku. Gdy Prusy wysunęły kandydaturę księcia Ludwika Hohenzollern-Sigmaringen do pustego tronu Hiszpanii, cała Francja zawrzała emocjami. Widziano już kraj okrążony i osaczony przez pająka z Berlina. Cesarz polecił ambasadorowi w Prusach, Benedettiemu, aby udał się do uzdrowiska Ems, do króla Prus Wilhelma I, z żądaniem oficjalnego wycofania się z popierania pretendenta. Król wyraził zgodę, ale cesarz zabrnął nieostrożnie o krok za daleko. Pod wpływem potężnego oburzenia opinii publicznej zażądał od Wil­helma I, żeby całkowicie odciął się na przyszłość od lansowania tej kandydatury. Był to błąd.

Król pruski poczuł się upokorzony i odprawił niezbyt grzecz­nie Benedettiego, wydając jednak dość pojednawczy komunikat dla prasy. Komunikat ten przesłano do Berlina Bismarckowi, który przeredagował go w taki sposób, aby brzmiał obraźliwie dla Fran­cji (była to słynna "depesza emska"; Bismarck niczego nie dodał od siebie, ale skreślił łagodne sformułowania). Prowokacja ta dała rezultat, jakiego pragnął chytry Prusak. Cała Francja zawrzała gniewem. Ciało Prawodawcze uchwaliło wojnę, deputowani i lu­dzie na ulicy krzyczeli: "Na Berlin!". Spodziewano się błyskawicz­nego zwycięstwa. Przypominano Jenę i Auerstaedt.

Istotnie, sytuacja miała się powtórzyć, ale vice versa. 19 lipca 1870 roku Napoleon III wydał wojnę Prusom. Bał się właściwie tego konfliktu, aż Eugenia rzuciła mu w twarz: "Wystawiasz siebie i Francję na pogardę Europy!", proponował bowiem w ostatniej chwili kongres pokojowy.

Trzeba przyznać, że w ostatnich miesiącach przed klęską Na­poleon III nie panował nad sytuacją. Opozycja podnosiła głowę, mały Thiers perorował w parlamencie. Cesarz powołał rząd umiar­kowanego republikanina Olliviera, który gotów był poprzeć reżim za cenę poluzowania opozycji. Eugenia z kolei sterowała cesarzem w sprawach zagranicznych, nieostrożnie prąc do wojny.

A więc niefortunna wojna nie była przeto dziełem Napoleona, raczej efektem nacjonalistycznego uniesienia społeczeństwa. Jed­nak nie kto inny, lecz sam cesarz ten nacjonalizm przez cały czas pobudzał, począwszy od wojny krymskiej. Nie potrafił też latem 1870 roku wojny powstrzymać.

Klęski w Alzacji w potyczkach z Prusami wzburzyły ludzi. A przecież był to dopiero prolog. Nieudolne manewry niefortunnych wodzów Bazaine'a i Mac-Mahona doprowadziły do ostatecznej klęski. Oblężona przez Niemców w Sedanie armia cesarza i Mac-Mahona musiała skapitulować 2 września 1870 roku. Zaskoczeni byli nawet Bismarck i wódz armii pruskiej von Moltke, gdy do­niesiono im, że w niewoli znaleźli się cesarz, marszałek i trzy­dziestu dziewięciu generałów. Była to hańba Francji i koniec Cesarstwa.

Zszokowane społeczeństwo oskarżyło o wszelkie zło Napo­leona III. Wielu nie mogło uwierzyć, że człowiek o nazwisku Bo­naparte mógł w taki sposób się poddać. Zdetronizowano go więc 4 września. Powstała III Republika. Napoleon III był ostatnim monarchą Francji.

Wszystko działo się już teraz poza sześćdziesięciodwuletnim, przedwcześnie postarzałym i schorowanym człowiekiem. Oddał się w ręce Niemców, kurtuazyjnie, acz chłodno podejmowany przez Wilhelma I i Bismarcka. On nie liczył się już jako polityk, oni przeżywali swój wielki dzień triumfu. 18 stycznia 1871 roku w Sali Zwierciadlanej Wersalu, zbudowanej przez Ludwika "Wielkiego", Niemcy ogłosili swą jedność.

Był to gest niesłychanie brutalny, dokonany z typowo prus­kim poczuciem taktu. Upokorzenie Francji było straszne. O to wszystko wielu historyków oskarżało i oskarża po dziś dzień Napo­leona III. Cesarstwo trzymało się mocno w posadach, upadło jak domek z kart dopiero pod naciskiem "krwi i żelaza". A przecież Napoleon nie chciał wojny, intuicyjnie czuł katastrofę. Uległ nacjonalistycznej histerii. Faktem jest jednak, że w latach 1866-1870 ułatwił Prusom wybicie się na mocarstwowość. Ocena jest zatem trudna.

Klęska pod Sedanem rzuca cień na całe panowanie cesarza i ocenę Napoleona III. Wielką popularność zdobyła karykatura słynnego Daumiera "Historia pewnego władcy", przedstawiająca Francję jako spętaną sznurami kobietę, w którą wymierzone są dwie lufy armatnie: jedna z napisem "Paryż 1851", druga "Sedan 1870". Zapomniano Napoleonowi III czasy dobrobytu, wystawy światowe, sukcesy w polityce zagranicznej. Pamiętano tylko o końcowej hańbie. Zapomniano ustawodawstwo socjalne, a pamię­tano o despotycznych rządach.

Bankrut polityczny żył jeszcze dwa i pół roku w Anglii, gdzie gościny udzieliła mu królowa Wiktoria. Odpowiadając na ataki, a nawet kalumnie rodaków, napisał broszurę "Siły militarne Francji". Nie zdążył jej już wydać. Zmarł w styczniu 1873 roku w Chislehurst, po nieudanej operacji nerek (kruszenie kamienia nerkowego). Cierpiał. Przy łożu czuwali żona i syn. Miał niecałe sześćdziesiąt pięć lat.

Syn jego zginął w 1879 roku w walce z dzikimi Zulusami w Afryce, jako żołnierz armii brytyjskiej. Eugenia żyła aż do 1920 roku. Wszyscy troje spoczywają w Anglii.


Żródła:

"Poczet władców Francji" - autor: Tomasz Serwatka.