Andegawenowie (Robertyng-Capet-Anjou) (1266-1422)

2. Robertyng-Capet-Anjou - dynastia królewska wywodząca swą nazwę od hrabiów (od 1360 roku książąt) Anjou - Andegawenii, krainy historycznej w zachodniej Francji, w dorzeczu Loary. Andegawenowie, którzy panowali poza Francją, byli młodszą linią dynastii Kapetyngów. Druga dynastia andegaweńska - Anjou-Provence - rozgałęziła się już w trzecim pokoleniu, obejmuje cztery linie: neapolitańską (sycylijską), węgierską, Durazzo i tarencką. Założycielem dynastii był Karol, najmłodszy z synów króla Francji Ludwika VIII i Blanki Kastylijskiej, przeznaczony po­czątkowo do stanu duchownego i kariery kościelnej. Po śmierci starszych bra­ci uzyskał ich apanaże: hrabstwo Anjou i Maine. Nie one wszakże były od­skocznią do kariery zaiste niezwykłej. W 1246 roku mając dwadzieścia lat Karol ożenił się z Beatrycze, córką władcy Prowansji, Rajmunda Berengara V, jedyną - choć nie bezdyskusyjnie - dziedziczką wspaniałej domeny. Jej ojciec, chcąc zachować niezależność hrabstwa, pozbawił do niego praw dwie starsze córki: Małgorzatę, żonę króla Francji Ludwika IX, i Eleonorę, żonę króla An­glii Henryka III. Prowansja stała się dla Karola, a potem jego następców perłą ich francuskich domen. Los Karola zdecydował się jednak poza Francją.

W 1250 roku zmarł cesarz rzymski i król Sycylii (królestwo to obejmowało całe południe Włoch) Fryderyk II, cztery lata później zakończył życie - prze­bywający głównie w Niemczech - jego syn Konrad IV. Sukcesja Staufów sta­nęła pod znakiem zapytania: na Sycylii przebywał Manfred, syn Fryderyka II z nieprawego łoża, w Niemczech Konradyn, syn Konrada IV. Papież Innocenty IV postanowił wykorzystać osłabienie dynastii i pozbyć się jej osta­tecznie i z Królestwa Sycylii, i z Italii, wyzyskując fakt, że Królestwo było lennem papieskim. Jeszcze za życia Konrada IV począł rozglądać się za takim kandydatem do korony sycylijskiej, który dysponowałby wystarczającymi środ­kami, by przeprowadzić trudną kampanię wojenną, a miałby jednocześnie do­statecznie wielkie ambicje, by podjąć się ryzykownego przedsięwzięcia. Wy­bór padł na Karola. Przez następne kilkanaście lat, z przerwami, toczyły się pertraktacje mające doprowadzić do jego koronacji. Zakończyły się one dopie­ro za pontyfikatu Klemensa IV układem precyzującym warunki objęcia wła­dzy na południu Włoch. Zabraniał on Karolowi i jego następcom starać się o koronę cesarską, nie wolno im było podporządkować sobie ani Lombardii, ani Toskanii. Raz na zawsze chciało papiestwo pozbyć się groźby tak dokucz­liwego za panowania Fryderyka II "okrążenia", wydawało się też, że po prostu uda się zlikwidować cesarstwo. Oddzielono od niego w każdym razie papie­skie domeny i przyznano pełnię feudalnej zwierzchności nad nimi papieżowi. Ustalono zasady sukcesji na tronie sycylijskim (później kilkakrotnie zmienia­ne) oraz wysokość czynszu płaconego z Królestwa papiestwu (40 tys. florenów złota rocznie, trzydziestokrotnie więcej niż dotychczas) i wsparcia mili­tarnego, jakie corocznie miał udzielać Karol papieżowi.

W dniu 6 stycznia 1266 roku na Lateranie odbyła się koronacja. Królestwo trzeba było dopiero zdobyć. Drogę do Neapolu utorowało zwycięstwo w bi­twie rozegranej w Benewencie u stóp góry San Vitale; zginął w niej Manfred, pierwszy z rywali do tronu, a sukces upamiętniła fundacja klasztoru cyster­skiego pod wezwaniem Św. Marii Zwycięskiej (Santa Maria della Vittoria). Dwa miesiące po koronacji Karol wkroczył do Neapolu, ale dopiero dwa lata później pod Tagliacozzo pokonał Konradyna i skupiony wokół młodziutkiego Staufa (miał 16 lat) obóz włoskich gibelinów. Konradyn i przywódcy jego stron­nictwa zostali publicznie straceni w Neapolu, bez prawomocnego wyroku są­dowego. Ten fakt obciążył dynastię andegaweńską zarzutem zbrodni, który będzie powracał jak przekleństwo.

Objęcie władzy przez nową dynastię oznaczało zmianę układu sił na roz­drobnionym politycznie Półwyspie Apenińskim - władców wrogich papiestwu zastąpili jego sojusznicy, ucisk Kościoła - jego uprzywilejowanie i początkowy dyktat, gibelini stracili oparcie w cesarstwie i władzę w kilku ważnych ko­munach. Ale plany polityczne papiestwa nie były w pełni zbieżne z ambicjami i projektami Andegawena. Papiestwo (przynajmniej niektórzy papieże tego czasu) miało wizję urządzenia Italii tak, by wreszcie obóz gwelficki zdobył w niej hegemonię - Florencja zadbałaby o jego finanse, papież byłby jego przywódcą i najwyższym autorytetem, król Sycylii zapewnić powinien siłę woj skową i po­lityczne wsparcie. Ambicje Karola sięgały znacznie dalej - widział siebie nie tylko jako przywódcę gwelfów. Obejmował tron neapolitański przenosząc na grunt włoski koncepcje władzy, panowania, praw dynastycznych właściwe dla dworu francuskiego, podkreślające prawomocność aspiracji Kapetyngów do korony cesarskiej i podważające zasadność pretensji władcy niemieckiego do rządzenia poza Niemcami (jeśli nie doszło wcześniej do koronacji cesarskiej przez papieża). Król był lex animata in terris, źródłem prawa i gwarantem spra­wiedliwości. Idee te dobrze odpowiadały ugruntowanym przez kolejne panowania cesarzy bizantyńskich, Normanów i Staufów tradycjom Królestwa Sy­cylii. Ich podjęcie przez Karola oznaczało określoną politykę, szczególnie wobec Bizancjum. Na południu Europy powstać miało potężne imperium obejmujące Królestwo Sycylii i Cesarstwo Łacińskie, które Karol zamierzał odbudować. Andegaweni, najpierw gałąź neapolitańska, potem przede wszystkim węgier­ska, będą wracać do tych projektów w każdym niemal pokoleniu. Były tym planom podporządkowane polityka aliansów dynastycznych, układów sojusz­niczych, ekspedycje militarne, nawet ostatnia krucjata. Małżeństwo córki Karola I, Beatrycze z pierworodnym synem tytularnego cesarza Konstantyno­pola oraz Filipa, syna Karola, z dziedziczką księcia Achai, jednego z władztw krzyżowców na Peloponezie, układy z feudałami francuskimi, dzierżącymi faktycznie lub tylko tytularnie rozdrapane w czasie wyprawy krzyżowej 1202­-1204 ziemie bizantyńskie, alians z Arpadami, potwierdzony podwójnym ślu­bem (pierworodnego syna Karola I, Karola II, z Marią, córką Stefana V, i na­stępcy tegoż, późniejszego króla Władysława z Izabelą, córką króla Sycylii), wreszcie kupno przez Karola tytułu króla jerozolimskiego zdawały się potwier­dzać realność ambicji najmłodszego z synów króla Francji. W końcu lat siedemdziesiątych król Sycylii dysponował jednym z najrozleglejszych władztw dynastycznych: domeny we Francji, na południu Włoch i w Grecji, zwierzch­ność nad resztkami posiadłości chrześcijańskich na Bliskim Wschodzie, na­miestnictwo w Toskanii i faktyczna zwierzchność nad znaczną częścią Półwy­spu Apenińskiego. Jego dochody stawiały go w rzędzie najpotężniejszych i naj­bogatszych monarchów Europy.

Pasmo sukcesów przerwały "nieszpory sycylijskie" w 1282 roku, połączone z rzezią Francuzów i antyandegaweńskim powstaniem na Sycylii. Inspirowane i przygotowywane przez Aragonię, stronników Staufów i obóz gibeliński, w dużym stopniu wywołane zostało polityką króla (fiskalizm) i arogancją jego fran­cuskiego otoczenia; historycy doliczyli się około 3,5 tys. Francuzów (głównie Prowansalczyków) na różnych funkcjach, urzędach świeckich i kościelnych, w tym najwyższych. Wojna, która rozpoczęła się między Aragonią a Króle­stwem Sycylii (weźmie w niej też udział Francja), trwała następnych dwadzie­ścia lat i przyniosła Andegawenom utratę wyspy. Rywalizacja obu królestw i obu dynastii zakończyła się znacznie później zdobyciem przez Aragończy­ków w 1442 r. władzy nad całym południem Włoch.

Mimo utraty Sycylii nie zmieniła się ani nazwa Królestwa, ani tytulatura królewska, Andegaweni nie wyrzekli się pretensji do wyspy, nad którą w XIV wieku mieli zresztą pewną formę zwierzchności. Nie musieli tylko przenosić stolicy­ od początku ich panowania był nią Neapol, położony dogodniej niż Palermo, bo bliżej Rzymu i z lepszą komunikacją morską z Prowansją. Szybko wyrósł na jedną z pierwszych stolic europejskich. W 1300 roku liczył już blisko 50 tys. mieszkańców i był miastem międzynarodowym. Mieli tu swoje pałace i kanto­ry bankierzy i kupcy z północnych i środkowych Włoch, przede wszystkim florenccy, którzy pożyczając Andegawenom środki na sfinansowanie ich przed­sięwzięć politycznych (i nie tylko) zyskali monopol na handel Neapolu. Fran­cuska dynastia dbała o swoją stolicę, powiększono Castel dell'Ovo, wzniesio­no nową siedzibę dworu, Castel Nuovo, dzieło dwu Piotrów, d' Azincourt i de Chaul, fundowano klasztory i kościoły, rozbudowano port i dzielnicę portową, dwór swoim splendorem starał się dorównać francuskiemu. Castel Nuovo stał się symbolem nowej, cieszącej się łaską Bożą dynastii i jej panowania, które polegać miało na silnej władzy królewskiej, bronionej siłą francuskiego rycer­stwa, wspieranej zasobami banków toskańskich. Andegaweni od początku swego panowania wykreowani zostali na obrońców papiestwa. Karol I, wobec spodziewanej kanonizacji zmarłego w Tunisie podczas wyprawy krzyżowej brata, Ludwika IX, zdołał uzyskać część jego szczątków, które spoczęły na Sycylii, wreszcie w 1317 roku syn Karola II, Ludwik, franciszkanin i biskup Tu­luzy, został zaliczony w poczet świętych. Kanonizacja ta dodała splendoru dy­nastii i uświęcała jej panowanie w Królestwie.

Plany polityczne i dynastyczne pierwszego Andegawenakontynuowalijego następcy. Zbyt jednak rozległe, jak na finansowe możliwości, wikłały ich w nie­ustanne konflikty we Włoszech i po przeciwległej stronie Adriatyku, wreszcie doprowadziły w połowie XIV wieku do wojny dynastycznej. Nie umieli, czy może nie chcieli ich porzucić, zapatrzeni w interes dynastyczny, któremu podporząd­kowane były sojusze polityczne, alianse rodzinne i wynikające z nich preten­sje do różnorakich domen, struktura polityczna ich rozległego władztwa.

Nie brakowało w tej dynastii władców wybitnych - w linii neapolitańskiej Karol I (żył w latach 1227-1285) i Robert (król w latach 1309-1343), w linii Du­razzo Władysław, rządzący Neapolem w latach 1386-1414, w linii węgierskiej obaj Andegaweni, Karol Robert (1308-1342) i Ludwik (1342-13 82). Tylko ta ostatnia gałąź rodu dysponowała ogromnymi bogactwami kopalń węgierskich, miała więc wystarczające zasoby, by zrealizować śmiałe projekty Ludwika, najpotężniejszego obok Karola IV Luksemburga monarchy europejskiego dru­giej połowy XIV wieku. Zdobycie korony węgierskiej nie przyszło jednak Andega­wenom łatwo. Pretensje do tronu od 1290 roku, od momentu śmierci bezpotomne­go Władysława IV Kumana, zgłaszała jego siostra Maria, żona Karola II. Osa­dzenie na tronie węgierskim jej syna Karola Martela okazało się jednak niemożliwe. Karol Martel, jedyny Andegawen, któremu Dante pozostawił po­zytywny wizerunek, był postacią poniekąd tragiczną. Pewny, jako pierworod­ny, dziedzictwa w Neapolu, tytułujący się od 1292 roku królem Węgier, mógł li­czyć na objęcie swoją władzą i zjednoczenie w jednym ręku ogromnej połaci Europy Południowej. W rzeczywistości nie panował nigdzie, ojca nie przeżył, Węgier nie zdobył. Koronę św. Stefana włożył na głowę dopiero jego syn Karol Robert (Caro berto), od 1308 roku król Węgier, ale ich faktyczny i niepodzielny władca kilkanaście lat później, po ciężkich wojnach, jakie prowadzić musiał z przeciwnikami swojej sukcesji. Pod jego i jego syna rządami Węgry, jedna z najrozle­glejszych monarchii europejskich (Nizina Panońska, Słowacja, Siedmiogród, Chorwacja, po sukcesach Ludwika w wojnach z Wenecją znaczna część Dal­macji, powiązana najpierw sojuszem, a potem faktycznie zależna Bośnia, zhoł­dowane Maczura i Widyn), stały się prawdziwą potęgą. Ludwik, nie bezzasad­nie nazwany przez Węgrów Wielkim, nosił aż cztery tytuły królewskie: Wę­gier, Chorwacji, Polski i Sycylii. Podstawą bogactwa Węgier, najważniejszym źródłem dochodów króla, były zyski płynące z wydobycia rud metali: srebra, miedzi i niemal nigdzie indziej już w Europie nie wydobywanego złota. Lepiej też niż gałąź neapolitańska potrafili tamtejsi Andegaweni wpisać się w miej­scową tradycję dynastyczną. Spokrewnieni po kądzieli z Arpadami podkreślali swe prawa do korony św. Stefana.

Alianse dynastyczne Andegawenów wydają się mieć swoją specyfikę, choć cele ich zawierania były jednakowe w całej Europie. Zawsze szło o to, by ugrun­tować sojusz polityczny, ułatwić pertraktacje pokojowe, zyskać wpływy w pań­stwie ważnym dla prowadzonej polityki, zdobyć czy tylko potwierdzić prawa lub pretensje do jakiegoś władztwa, czasami podreperować pusty skarb gotów­ką. Andegaweńska specyfika wynikała z dwu przyczyn: konieczności liczenia się z polityką papiestwa, zwłaszcza w tym, co dotyczyło sytuacji na najbar­dziej skomplikowanym politycznie obszarze średniowiecznej Europy, czyli we Włoszech, oraz z potrzeby utrzymania bardzo rozległej domeny dynastycznej. Papieskim i nie zawsze z nimi zbieżnym planom politycznym Andegawenów wobec Półwyspu Apenińskiego służyć miały m.in. alianse rodzinne z cesarza­mi. Planowano je wielokrotnie, rzadko jednak dochodziły do skutku, jako że między cesarstwem a papiestwem panowały wrogie stosunki. Chęć utrzyma­nia bardzo rozległej domeny dynastycznej i pozycji hegemona we Włoszech dyktowała małżeństwa zawierane z domami francuskimi, w tym i z rodziną królewską, oraz bardzo liczne związki z feudałami mającymi swoje posiadło­ści czy tytuły w Grecji i na Półwyspie Apenińskim (król Władysław Durazzo w 1400 roku jako dwudziesto czteroletni młodzieniec ożenił się z walczącą z nim w Apulii trzydziestodziewięcioletnią wdową po jednym z Orsinich; "rozbro­iły" ją chęć zostania królową i młody, rozpustny zresztą, mąż). W celu ocale­nia władztwa dynastycznego zawierano też - decydujące, jak się okazało, o lo­sach tej dynastii - alianse między różnymi jej gałęziami. Zdobycie korony węgierskiej, po niemal dwudziestu latach trudnych zmagań, zmusiło z kolei Andegawenów do szukania sojuszników w Europie Środkowej, w Polsce (mał­żeństwa Karola Roberta: pierwsze, z Marią Bytomską, i trzecie, z Elżbietą Ło­kietkówną) i w Czechach (drugie małżeństwo Karola Roberta z Beatrycze Luk­semburską i pierwsze Ludwika Węgierskiego z córką Karola IV). Niezbyt impo­nujące rangą alianse dynastyczne (ale podobne zawierał cesarz Karol IV) przyniosły wymierne korzyści; ostatnie małżeństwo Karola Roberta otworzyło jego następcy drogę do tronu polskiego. Ściśle polityczny aspekt miały związki rodzinne z dynastią aragońską, w czasach dwudziestoletniej wojny o Sycylię powiązane z próbą rozwiązania konfliktu.

Karol II, który z małżeństwa z Marią Węgierską miał trzynaścioro dzieci, w prowadzeniu polityki dynastycznej wzorował się zarówno na ojcu, stryju ­Ludwiku IX, jak i na dziadku - Ludwiku VIII. Karol Martel, syn pierworodny, zmarł w 1295 roku, problemem było więc wyznaczenie sukcesora i zabezpiecze­nie domen młodszym potomkom. Ponieważ drugi z kolei syn, Ludwik, zdecy­dował się wstąpić do zakonu franciszkanów, następcą tronu został Robert, z tytułem księcia Kalabrii (apanaż delfina). Wydzielenie synom dziedzicznych apa­naży zapoczątkowało tworzenie się nowych władztw dynastycznych - Filip otrzymał księstwo Tarentu w Apulii i wiele feudów (w tym Prowansję, Pie­mont) i tytułów (tytułował się cesarzem Konstantynopola), stał się założycie­lem linii tarenckiej, Jan - hrabia Graviny - gałęzi Durazzo (od miasta i diecezji w Albanii). Wydzielenie apanaży pozwalało Karolowi II rządzić rozległą i roz­rzuconą domeną dynastyczną przy pomocy synów. Zwłaszcza Bałkany i Gre­cja były terenem, gdzie prowadzenie skutecznej polityki było bardzo trudne. Słabnące Bizancjum stawało się łatwym łupem dla istniejących tam państw i władztw. O Albanię musieli Andegaweni walczyć z Serbią, na Peloponezie, w Achai z Fryderykiem Sycylijskim, Wenecja również nie zamierzała wyrzec się kontroli nad biegiem spraw. Dlatego też trzeba było szukać sojuszy z lokal­nymi dynastami i możnymi. Polityka dynastyczna Roberta z konieczności no­siła inny charakter niż jego ojca. Bracia, choć wprzęgnięci w realizację jego polityki we Włoszech, wobec Aragonii czy na Bałkanach, wyrastali powoli na udzielnych władców, budując własną niezależność i potęgę.

Tragiczne konsekwencje dla dynastii, przede wszystkim zaś dla Neapolu, miały alianse rodzinne, które Andegaweni zawierali między sobą, by zdobyć koronę Królestwa. Powodem kryzysu i dynastycznej wojny była przedwcze­sna, jeszcze za życia ojca, śmierć (miał zaledwie 30 lat) jedynego syna Roberta - Karola, księcia Kalabrii, który pozostawiał jako dziedziczki jedynie córki. Pomysł, by uchronić sukcesję wnuczki Roberta, Joanny, i jednocześnie oddalić pretensje gałęzi węgierskiej, wiążąc obie linie dynastyczne aliansem ro­dzinnym, miał skutki katastrofalne. Mężem Joanny został młodszy syn Karola Roberta, Andrzej, zamordowany w 1345 roku, dwa lata po śmierci Roberta. Do­szło wówczas do wojny o tron Neapolu; jej aktywnymi uczestnikami byli człon­kowie wszystkich gałęzi rodu andegaweńskiego. Włączy się do niej nieco póź­niej jeszcze jedna, nowa linia, kolejna odnoga Kapetyngów, Walezjuszy z hrab­stwa Andegawenii, po kądzieli wywodzących się z neapolitańskich Andega­wenów. Neapol przechodził z rąk do rąk: najpierw zdobywali go książę Duraz­zo wraz z Robertem z Tarentu przeciwko Joannie i jej drugiemu mężowi Lu­dwikowi z Tarentu, potem Ludwik Węgierski w 1347 roku, zmuszając Joannę do uciecz­ki do Prowansji. Wojna dynastyczna, która niosła ze sobą zbrodnię za zbrodnią, zapisywała najczamiejsze karty historii Królestwa. Domena Andegawenów tra­ciła powoli zdobyte niegdyś władztwa i dochody: Piemont, część posiadłości po drugiej stronie Adriatyku (Durazzo przeszło faktycznie w ręce tamtejszych moż­nych). Po pierwszej ekspedycji Ludwika Węgierskiego (w latach 1347-1348) Joanna, by móc sfinansować swój powrót do Neapolu, była zmuszona sprze­dać papieżowi Awinion.

Najdłuższe, niemal czterdziestoletnie panowanie Joanny był kresem ne­apolitańskiej gałęzi Andegawenów, dynastii wywodzącej się z Francji, mają­cej tam swoją domenę i z polityką Kapetyngów bardzo silnie związanej. Linia Durazzo zdobyła tron neapolitański, ale nie zdołała przejąć całego dziedzictwa Joanny, ich domena nie obejmowała części francuskiej. Karol III Durazzo zre­alizował natomiast, co prawda na krótko, plany dynastyczne powstałe jeszcze w XIII wieku połączył dwie największe domeny wielkiego władztwa - Węgry i Ne­apol. Jego prawa do tego drugiego tronu wzmacniało małżeństwo jeszcze jedno bardzo bliskiego pokrewieństwa między Andegawenami) z Małgorzatą, jego sio­strą stryjeczną, córką Marii, młodszej siostry królowej Joanny. Oba wrogie so­bie dwory, węgierski i neapolitański, przewidywały księcia Durazzo, jedynego po mieczu żyjącego męskiego potomka Karola I, na sukcesora. Najpierw plany takie wysuwał dwór neapolitański, na którym książę się wychował, potem zaś Ludwik Węgierski, któremu Karol służył pomocą m.in. w pertraktacjach z We­necją. Gdy królowi Węgier urodziła się córka, Karol Durazzo zrezygnował ze starań o koronę węgierską, w zamian uzyskując zrzeczenie się pretensji Ande­gawenów węgierskich do korony neapolitańskiej. Przede wszystkim jednak zdobył poparcie papieża Urbana VI (za należyte uposażenie papieskiego nepota). W 1381 roku otrzymał od niego inwestyturę na Królestwo, co było wystarcza­jącym powodem do uderzenia na Neapol, zgotowania tragicznego końca pano­waniu królowej (została stracona) i przekreślenia jej planów sukcesyjnych wią­zanych z Walezjuszem, Ludwikiem d' Anjou. Sięgnięcie po tron węgierski stało się możliwe w 1385 roku. Dzięki poparciu części szlachty węgierskiej i zastrzyko­wi finansowemu Florencji pod sam koniec tego roku Karol III wkroczył do Budy i koronował się. Niecałe dwa miesiące później padł ofiarą spisku, w któ­rym brała udział wdowa po Ludwiku Węgierskim Elżbieta Bośniaczka. Czterdzieści lat wcześniej zginął zamordowany Andrzej Węgierski, który łączył obie gałęzie, teraz zgładzony został Karol Durazzo.

Ostatnim z Andegawenów, który tytułował się królem Węgier, był jego syn Władysław (popierany przez antyluksemburską opozycję węgierską, koro­nowany w Dalmacji w 1403 roku), tronu jednak nie zdobył. Przeciwdziałali temu nie tylko Luksemburgowie i Wenecja, także papież obawiający się potęgi Wła­dysława. W rezultacie więc Andegawenom nigdy nie udało się połączyć roz­rzuconych domen. W jednym wszakże podjął Władysław tradycyjny kierunek polityki andegaweńskiej - ożenił się z siostrą króla Cypru Marią de Lusignan. Władysław dziedziczył po wielkich przodkach wielkie ambicje, nie pozbawio­ny zdolności, działał przecież w zupełnie innych warunkach. Nikt już w środ­kowych i północnych Włoszech nie chciał się godzić z hegemonią andegaweń­ską czy cesarską. Z najważniejszą niegdyś w tej części Półwyspu sojusznicz­ką, Florencją, musiał Władysław prowadzić wojny. Przerwała je dopiero śmierć króla w 1414 roku. Podejrzewano o otrucie Florentczyków, mówiono o rozpuście, ale mogła to być po prostu malaria. Ekspansjonizm Władysława, bardzo "ande­gaweński" w charakterze, miał zbyt kruche podstawy, by przynieść efekty - król dysponował sporą siłą militarną, niezłą kawalerią, zabrakło jednak ekspansjoni­zmu jego własnego państwa - przede wszystkim miast i ich kupiecko-bankier­skiej elity. Jego sukcesy były ostatnimi, które przyniosły Andegawenom, dynastii gasnącej na europejskim firmamencie, wzrost znaczenia na arenie mię­dzynarodowej. Giuseppe Galasso oddał sprawiedliwość jego rządom - wpisały się w logikę procesu historycznego, jakiemu poddane było Królestwo, w któ­rym dominował czynnik feudalno-rycerski, a także w logikę procesu kształto­wania się państw terytorialnych w północnych i środkowych Włoszech. Niko­mu nie udało się zbudować potężnego, ogarniającego większą część Półwyspu państwa, ani Viscontim, ani Wenecji, ani papiestwu.

Dwudziestoletnie panowanie siostry Władysława Joanny II było pod każ­dym względem schyłkowe: w Królestwie najwięcej mieli do powiedzenia ba­ronowie, na dworze - faworyci królowej i broniący jej władzy kondotierzy, a także papież Marcin V, książę Mediolanu czy wreszcie Ludwik III d' Anjou, dziedziczący pretensje do Neapolu. Lawirując między nim a Alfonsem Ara­gońskim królowa wybrała w końcu na sukcesora księcia Andegawenii. Gdy zmarła w 1435 roku, jego syn i następca Rene ("dobry król" Rene, jak go zwać będą już współcześni) siedział w niewoli u księcia Burgundii. Gdy w końcu do­tarł do Neapolu, sytuacja Królestwa była bardzo trudna - na jego podbój wyru­szył Alfons Aragoński. Neapol skapitulował przed wojskami Aragończyka w czerwcu 1442 roku.

Wyrok losu zdecydował o końcu panowania Andegawenów na Węgrzech i w Polsce. Król Ludwik nie miał męskiego potomka. Gdy stanęły układy w spra­wie małżeństw córek, ciągle jeszcze spodziewał się dziedzica. Planując więc mariaże z książętami: orleańskim, luksemburskim i habsburskim, żadnego z nich nie przewidywał na tronach, którymi dysponował. Udało się zdobyć koronę węgierską Luksemburgom, Polska przypadła Jagielle. Pierwsi dysponowali dostateczną siłą militarną i poparciem politycznym, Habsburgowie nie byli tak potężni i nie ustrzegli się poważnego błędu, jakim było popieranie przeciw Urbanowi VI papieża awiniońskiego Klemensa VII.

Ogromny i dosyć niespodziewany sukces polityczny drugiej dynastii an­degaweńskiej był krótkotrwały. Rozległe władztwo dynastyczne przestało ist­nieć po nieco ponad stu latach, jedynie Neapol był w posiadaniu Andegawe­nów dłużej. Zabrakło męskich potomków, nie wszyscy też następcy tronu dożywali momentu objęcia sukcesji. Nie była to bowiem dynastia długowiecz­na, jedynie nieliczni osiągnęli sześćdziesiąty rok życia. Pomijając zbrodnie, któ­rych ofiarami padło rzeczywiście wielu jej członków, historycy dopatrują się tu słabej konstrukcji fizycznej. Umierali Andegaweni na malarię, być może na gruźlicę, prawdopodobnie na choroby weneryczne. Dziedzicząc, może po Kape­tyngach, nie najlepsze zdrowie, nie mieli ich szczęścia do męskiego potomstwa.

Objęcie władzy przez Karola I na południu Włoch i rządy andegaweńskie od początku wzbudzały na Półwyspie emocje. Miała ta dynastia swoich apolo­getów, miała i zaciekłych krytyków. Nie omieszkano jej wypomnieć niejasnych początków. Założycielem dynastii Kapetyngów - a z niej wywodzą swój ród królowie Sycylii - miał być paryski rzeźnik. Ten zawód, choć niektórym przy­nosił bogactwo, nie sytuował się wysoko w hierarchii społecznej średniowiecza - zajęcie brudne, z powodu rozlewu krwi umieszczane wśród niegodnych, bardzo blisko profesji kata. Dante, zaciekły przeciwnik polityki andegaweń­skiej, w taki oto sposób przedstawił tradycję o niskim pochodzeniu Hugona Kapeta i nie najchlubniejszą karierę Karola I.

Od synów moich: Filipa z Ludwikiem
Na nowo teraz Francja jest rządzona
Rodzic w Paryżu niegdyś był rzeźnikiem ( ... )
Jak długo wielkie prowansalskie wiano
Nie zdjęło z rodu mego uczciwości
Znano w nim lichość, lecz zbrodni nie znano
Gwałtem i kłamstwem począł swoje złości
Rozbójcze; za czym pobrał za pokutę
Pontieu, Normandii i Gaskonii włości.
Wpadł do Italii Karol i za pokutę
Wziął Konradyna sobie na ofiarę,
Tomasza w niebo posłał
- Za pokutę ( ... )
Innego widzę jeńcem na galerze;
Wolny, wnet córki na targu pozbędzie
Jak pozbywają niewolnice korsarze.


Dante, Czyściec, XX (przekład E. Porębowicza)

A ze zdaniem Dantego w Italii się liczono. Piszący w latach trzydziestych i czterdziestych XIV wieku kronikę florencką Giovanni Villani, człowiek obozu gwelfickiego, nie mógł pominąć tej strofy Czyśćca: książę Hugo Kapet, syn Hugona "Wielkiego " i siostry Ottona I, należał - jak pisze wielu - do wspaniałe­go rodu książęcego, inni jednak powiadają, że jego ojciec był bardzo bogatym rzeźnikiem lub handlarzem bydła. Problem był w gruncie rzeczy poważniej­szy. Zdobycie tronu francuskiego po śmierci ostatniego Karolinga przez tak niski ród oznaczało zerwanie ciągłości w przekazywaniu władzy, pozbawiało Kapetyngów prawnego tytułu do jej sprawowania. Ten, zdaniem Dantego, na­leżał do cesarzy rzymskich. Jeżeli od samego początku nie mieli legitymizacji Kapetyngowie, to czy mogli ją mieć ich potomkowie, Andegaweni?

Do nikczemnych początków, pisze dalej Dante, dołożył Karol I gwałt, oszu­stwa, rozboje, wreszcie zbrodnię królobójstwa i wysłanie na tamten świat To­masza z Akwinu. Sławny teolog włoski, profesor uniwersytetu w Paryżu, ka­nonizowany był, co prawda, dopiero dwa lata po śmierci Dantego, ale kult, jaki go otaczał, był tak wielki, że posądzenie o tę zbrodnię było oskarżeniem naj­większego kalibru. A przecież oparto je jedynie na pogłoskach, i to nie wprost obciążających króla. Nagła śmierć Tomasza, w drodze na sobór lyoński, wy­woła pomówienie jednego z lekarzy Karola I o otrucie. Tym aktem medyk chciał się ponoć przypodobać władcy, jako że właśnie rozległy się głosy o kapeluszu karaynalskim ala Tomasza, a to pociągnąć za sobą musiało wzrost wpływów w kurii rzymskiej jego rodziny, hrabiów Aquino, wrogów Andegawena.

Ekspansja najmłodszego z braci Ludwika IX rozpoczęła się w momencie zdobycia przez niego Prowansji nie na drodze rycerskiego podboju, lecz ma­trymonialnego targu. Swoją córką, niczym handlarz niewolnicami, kupczyłjego syn, Karol II. Rzeczywiście, za rękę córki wziął od margrabiego Ferrary sporą sumkę. Malowane okrutnymi, szyderczymi słowy portrety pierwszych Ande­gawenów (tylko Karol Martel znajdzie się w Raju) służą Dantemu do podkreślenia, przez opozycję, wielkości jedynego uprawnionego do władania Italią rodu - Staufów, uosabiających wszystkie wartości naj szlachetniej szych dyna­stów, cnoty starożytnych. Na czasy sprzed pół wieku przenosi głęboki konflikt racji, interesów i politycznych wizji, rozdzierający ponownie Italię od 1310 roku, gdy Henryk VII wkroczył na Półwysep, by odbudować autorytet cesarski, obóz gibeliński i koronować się na Watykanie. W otoczeniu cesarza powstał wówczas śmiały plan sojuszu politycznego zmieniającego na Półwyspie, ale i poza nim, dotychczasowy układ sił. Myślano o małżeństwie pierworodnej córki Hen­ryka VII z dziedzicem króla Neapolu Roberta, Karolem, księciem Kalabrii. Nie był to pierwszy alians rodzinny między Andegawenami a królem rzymskim, ale tym razem władca Niemiec Henryk VII był znacznie potężniejszy od Rudolfa Habsburga. Małżeństwo miało przynieść Karolowi Kalabryjskiemu m.in. tytuł namiestnika cesarskiego w Toskanii. Zamierzano więc zawiązać koalicję ce­sarsko-gwelficką, przekreślającą rozbicie Italii na dwa wrogie obozy, a mogą­cą stanowić przeciwwagę dla potęgi francuskiej. Do storpedowania tych pro­jektów w stopniu największym przyczyniła się Florencja, tracąca na takim so­juszu pozycję przywódcy miast obozu gwelfickiego. Zwróciła się do Roberta, wyrzucając mu sprzeniewierzenie się dziedzictwu Karola I, i znalazła w śro­dowisku dworskim, wśród prawników Roberta, pełne poparcie (pomińmy w tym miejscu siłę oddziaływania florenckich bankierów). Z ich pism, a zwłaszcza najwybitniejszego w tym gronie Bartolomea z Kapui, wyłania się koncepcja budowy silnego państwa "włoskiego", alternatywy dla cesarstwa i jego uniwer­salistycznych pretensji. Najostrzejsze jednak słowa padły już po śmierci cesarza Henryka (zmarł w 1313 roku): przypomniano Niemcom ich germańskie barbarzyństwo, skłon­ność większą do zwierzęcego okrucieństwa niż do chrześcijańskiego miłosier­dzia. Miało więc powstać silne państwo, łączące Królestwo ze środkowymi Wło­chami. Robert wycofał się z poparcia dla planów Henryka, uniemożliwił mu nawet koronację w Bazylice Św. Piotra, wysyłając do Rzymu wojska pod wodzą brata Jana, hrabiego Graviny. Cesarska koronacja musiała się odbyć na Lateranie. Przewagi jednak nie zdobył. Henryk VII ożenił swojego syna z cór­ką władcy Sycylii Fryderyka III, Italia rozbiła się na dwa wrogie obozy: z jednej strony Królestwo Neapolu, Florencja i gwelfickie komuny, część arystokracji rzymskiej, z drugiej - cesarz, Sycylia, Visconti i inni tyrani republik północnych Włoch. Ogłosił cesarz nawet detronizację Roberta, ale z groźnej sytuacji wy­bawiła króla Florencja, ofiarując mu na pięć lat władzę nad swoją republiką (i pokaźne uposażenie).

Robert przeżył Dantego o ponad dwadzieścia lat, ale poeta zdążył jeszcze umieścić w Komedii jego charakterystykę, i to w ... Raju. Nie spotkał tam rzecz jasna króla, lecz jego brata, odsuniętego od dziedziczenia w Neapolu Karola Martela (na pozytywną opinię o nim Dantego niewątpliwie wpływało także jego małżeństwo z córką cesarza Rudolfa Habsburga) i w opozycji do niego buduje wizerunek Roberta: chciwego, otoczonego zgrają "łapczywej hołoty" kataloń­skiej, która przybyła z Aragonii wraz z Robertem, gdy ten opuszczał niewolę, i zagarnęła urzędy, łupiąc poddanych i napychając kieszenie własne i króla:

Szczodrość rodzica zwyrodniała w synie:
Winien by takich wybierać włodarzy,
Co nie zganiają pieniędzy do skrzynie.

Dante, Raj, VIII, 82-84 (przekład E. Porębowicza)

Dante był z pewnością najwybitniejszym z pisarzy - przeciwników Andegawenów, ale nie był ani jedyny, ani pierwszy.

Zwycięstwo Karola I w wojnach o tron sycylijski wywróciło cały układ polityczny w Italii. Gibelini, osłabieni "wielkim bezkrólewiem", tracili kolej­ne punkty oparcia. Karol I, Francuzi w ogólności jawili im się jako ciemiężcy, którzy zgotowali Italii o wiele gorszą niewolę niż Saraceni królowi Ludwiko­wi i jego braciom (w tym Karolowi I) podczas krucjaty w latach 1248-1250. "Toskanio, Lombardio - zagrzewajcie do wojny i niech was nie obchodzi Pa­lestyna. Tam zawrzyjcie pokój, by tutaj zgładzić Francuzów i Niemców" ­wzywał Genueńczyk Calega Panzano. Nim Karol na dobre objął tron w Króle­stwie Sycylii, już pojawiły się zabarwione millenaryzmem przepowiednie:

"Zmieniają się rządy, ucieka Sycylijczyk i Kalabryjczyk, Francja się raduje. Wkrótce, zwyciężoną, czeka zagłada".

Za Karolem ciągnęła zła sława z Prowansji, gdzie rządy Andegawena ozna­czały utratę niezależności i zaprowadzenie kapetyńskich porządków. W pro­pagandzie wymierzonej przeciwko niemu sięgnięto do anty francuskich uczuć, pozostałych z czasów krucjaty przeciw albigensom, lamentowano nad upad­kiem Prowansji, wyrzucano Karolowi - mieniącemu się wielkim protektorem Kościoła - hipokryzję; paktował przecież z niewiernymi. Później znaleziono jeszcze jedenjej dowód - opóźnił swoje przybycie do Tunisu na ostatnią z wy­praw krzyżowych Ludwika IX i tym przyczynił się do jego śmierci. W po­dobne tony uderzali gibelini, prosząc Boga, by pokonał króla, który od cza­su, gdy przestał być pacholęciem, tzn. gdy skończył siedem lat, nie potrafi dotrzymać słowa, jako władca koronowany jest po dwakroć bardziej chciwy niż wtedy, gdy był hrabią, a świat w jego oczach nie jest więcej wart niż para rękawic. Prawdziwa nienawiść wybuchła po "nieszporach sycylijskich". Do­czekano się obrotu koła fortuny, pycha została ukarana. "Kiedy był u władzy [na Sycylii], do tego stopnia miał w pogardzie wszystkich innych, że nikogo nie chciał widzieć prócz swoich Francuzów". Przez miesiąc wyrzynano Fran­cuzów na wyspie, dając upust nienawiści do cudzoziemskich parweniuszy i odreagowując odsunięcie od urzędów i utratę stolicy, którą z Palermo przeniesiono do Neapolu. Niecałe sto lat później gniew upokorzonych przez cu­dzoziemskich dworaków dotknie inne otoczenie andegaweńskiej władzy - na Wawelu Polacy urządzą Węgrom równie okrutną (mniejsząjednak rozmiara­mi) rzeź.

Od początku panowania Andegawenów współistniała inna tradycja, od­mienna ocena ich rządów - świadomie kreowany przez papiestwo, dwór kró­lewski oraz obóz gwelficki mit andegaweński. Papież z Bożym błogosławień­stwem wybrał księcia, który wyzwoli Kościół spod cesarskiego ucisku. "Bóg wyzwolił ten Kościół, wyrwawszy z niegodziwych rąk wspomniane królestwo [Sycylii] przy pomocy najjaśniejszego w Chrystusie wiernego naszego Karo­la, którego wspomagały Prawica Boskiej Potęgi i wsparcie Stolicy Apostol­skiej" - wokół tych słów Klemensa IV budowano polityczny portret Andegawena: obrońcy Kościoła, świeckiego ramienia najwyższej władzy papieża. We florenckiej propagandzie akcenty rozłożono nieco inaczej: król był naj­ważniejszym z filarów idei gwelfickiej - sojuszu między wolną komuną, pa­piestwem a domem panującym we Francji. Wzbogacał ten wizerunek portret dworski, bohatera kultury rycerskiej, malowany przez będących pod jego opieką prowansalskich poetów i goliardów. Karol zresztą sam uprawiał poezję dwor­ską, pozostały po nim dwa miłosne liryki, jeden w języku oil, drugi w oc.

Imię Karola przywoływało pamięć największego wśród średniowiecznych władców herosa - Karola Wielkiego. Jego kult w trzynasto- i czternastowiecz­nej Italii był niezmiennie żywy. Nieprzypadkowo w Raju Dantego Karol Mar­tel przebywa razem z Rolandem w Piątym Niebie. Andegaweni pozostaną przy tym imieniu, konsekwentnie, przede wszystkim w linii neapolitańskiej, obda­rzając nim pierworodnego syna władcy. Kontynuować również będą tradycję kapetyńską, ożywioną kanonizacją króla Ludwika IX - młodsi synowie kró­lów neapolitańskich, książęta Tarentu i Durazzo, następca Karola Roberta no­sili imię Ludwik, częste też w tej dynastii były dwa dalsze, typowe dla Kape­tyngów imiona - Robert i Filip.

Zaangażowani w kreowanie andegaweńskiego mitu gwelficcy kronikarze i pisarze zachowali jednak bezpieczną rezerwę wobec polityki, szczególnie pierwszego Andegawena. Karol zbyt szybko zrezygnował z roli posłusznego wykonawcy papieskich planów, jego brutalna rozprawa z przeciwnikami i "nie­szpory" unaoczniły im, że interesów Italii trzeba bronić także i przed samym królem. Salimbene z Parmy czy Saba Malaspina, kronikarze przyjaźnie opisu­jący początek rządów andegaweńskich, nie dorównali w pochwałach zaciekło­ści ataków gibelińskich. Nie przemawiały zbyt mocno do Włochów rycerska dzielność i zapał do wojny. Karol II zyskiwał uznanie za chrześcijańską szczo­drość i miłosierdzie, ukrócenie korupcji, ale nie ceniono jego reform wojsko­wych i startów w niezliczonych turniejach we Francji i w Prowansji. Powiada­no, krytykując masowe rozdawanie tytułów rycerskich (pasował w 1289 roku za jednym razem 300 giermków), że to od doznanych podczas tych turniejów urazów głowy stracił pamięć. Propagandziści z dworu Roberta porzucili więc lansowanie wizerunku króla-rycerza, wojennego herosa, czyniąc z tego wład­cy bohatera nowych, zapowiadających renesans czasów - vir litteraturae non modicae. Robert chciał być królem wykształconym, opiekunem i przyjacielem uczonych i artystów. Było to posunięcie nad wyraz szczęśliwe. Poeci, artyści, uczeni spieszyli z dedykacjami swoich dzieł, odpłacali za gościnność i pensje elogiami. Na dworze w Neapolu gościli najwięksi: Giotto, Barbato da Sulmo­na, Boccaccio, Petrarka. Ten ostatni nie bez złośliwej satysfakcji porównywał prostactwo króla Francji Filipa VI de Valois (po kądzieli Andegawena) ze zna­komitym wykształceniem króla Neapolu. Nie znajdywał mu równych Giovan­ni Villani: "Ten król Robert był najmądrzejszym spośród królów w chrześci­jaństwie- a ono ma już 500 lat i z racji wrodzonego rozumu, i ze względu na swoją wiedzę; był wielkim uczonym w teologii i największym filozofem".

Przesada z pewnością, ale Robert był człowiekiem wykształconym i w dodat­ku lubiącym popisywać się swoją wiedzą. Dante, nie bez szyderstwa, nazwał go kaznodzieją, jako że król ułożył około trzystu kazań, które w dodatku wy­głaszał, nawet podczas mszy!

Czy Robert rzeczywiście potrafił swój wizerunek dopasować do nowych czasów, do zmieniającej się za jego panowania ideologii gwelfickiej, w której na pierwsze miejsce wysunięto wówczas obronę wolności włoskich (republi­kańskich, komunalnych), włoskiej tradycji przeciwko tyranii i cudzoziemskie­mu barbarzyństwu? Francuski historyk G. Leonard odpowiadał na to pytanie z całym przekonaniem twierdząco. Ale, zauważmy, największe pochwały i elo­gie powstają już po śmierci króla (1343), w sytuacji narastającego kryzysu w północnych i środkowych Włoszech, chaosu, jaki zapanował w Królestwie pogrą­żonym w wojnie o tron między wszystkimi liniami dynastii andegaweńskiej.

Znowu pojawiły się złowróżbne teksty i maledykcje ciskane przez prze­ciwników, już to rządów Joanny, już to Ludwika Węgierskiego. Zamordowa­nie męża królowej, Andrzeja, i wypadki, które po tym nastąpiły, zemsta Lu­dwika Węgierskiego jawiły sięjako dopełnienie losu dynastii. "I tak oto - pisał współczesny wydarzeniom kronikarz Marco Battagli - dokonała się za pozwoleniem Bożym zemsta za przelanie niewinnej krwi Konradyna i wielu innych, którzy zawsze byli uciskani przez ten tyrański ród (domus tyrranica)". Gwel­fowie szukali, rzecz jasna, innego wytłumaczenia gniewu Bożego, za jaki uzna­wano bratobójcze walki o tron neapolitański, spowodowane m.in. sukcesją żeń­ską. We Włoszech ten "kastylijski zwyczaj" - podkreślano wpływ starej królo­wej, żony Roberta, Sanczy, skądinąd "nieznośnej dewotki", na decyzję o wyzna­czeniu Joanny na następczynię tronu - był nowością trudną do zaakceptowania i niezgodną z porządkiem sukcesyjnym sprecyzowanym przez papieża Boni­facego VIII. La vu/va regge (rządy sprawuje niewieści srom) - pisał kronikarz Collenuccio, a XVI-wieczny historyk Angelo Di Costanzo dodawał: "Rządy nad królestwem nie przystoją kobietom, które urodziły się, by prząść i tkać, przystoją mężom dzielnym i roztropnym, którzy potrafią bronić poddane sobie ludy w wojnie i pokoju i dbać o ich pomyślność". Neapol w kilka miesięcy po śmierci Roberta pogrążył się w dusznym klimacie intryg i dojrzewającej woj­ny. Petrarka wysłany tam przez papieża Klemensa VI pisał, że miasto wydało mu się ziemią zesłania, słońce schowało się za grubą powłoką chmur. Wytłu­maczenie wojny znaleźli gwelfowie w zakłóceniu porządku dziedziczenia po śmierci Karola II, odsunięciu od tronu Karola Roberta, pierworodnego syna Karola Martela. W pewnym sensie oznaczało to kwestionowanie ex post pra­womocności panowania Roberta (w rzeczywistości o oddzieleniu obu linii za­decydował arbitraż papieża Bonifacego VIII).

Spory gwelfów z gibelinami, wojny prawdziwe i te toczone na słowa niewiele interesowały, jak zauważa A. Barbero, mieszkańców Królestwa. W kre­owanie apologetycznych bądź odrażających wizerunków Andegawenów zaan­gażowane były związane z papiestwem kręgi kościelne, elity miast lombardzkich, toskańskich, sycylijskich, wreszcie humaniści. W Królestwie tymczasem nie powstała historiografia andegaweńska, tak jakby dynastia nie miała związku z krajem, którym rządziła.

Historycy włoscy od dziesiątków lat stawiają pytania, które podyktowa­ły nie tyle źródła średniowieczne, ile późniejsza historia Włoch i emocje na­rodowe. Trudno tu o obiektywizm - historiografia niemiecka pozostała An­degawenom niechętna, francuska skłania się ku apologezie, w końcu kariera młodszej linii kapetyńskiej była rzeczywiście niezwykła, a ich horyzonty polityczne i umiejętna polityka dynastyczna przyniosły sukcesy dużo wcze­śniej niż podobna realizacja habsburska. Podziwiał też pierwszych Andega­wenów Steven Runciman, historyk krucjat i "nieszporów sycylijskich". Py­tania historyków włoskich dotyczą przede wszystkim odpowiedzialności Andegawenów za kryzys Południa, za jego zacofanie, za odmienny od reszty Włoch bieg historii. Jeszcze inaczej formułował je Benedetto Croce, postać­-symbol humanistyki włoskiej pierwszej połowy naszego stulecia: czy rzeczywi­ście Andegaweni w Królestwie reprezentowali swoją - dynastyczną, francuską­sprawę, czy też może na odwrót, wrośli w ten kraj, stali się jego żywotnym ele­mentem?

Odpowiedzi najczęściej padają negatywne. Inaczej niż za czasów wielkiego cesarza Fryderyka II, wzniesiona przez Karola I i jego następców budowla była tylko nadbudową, nie wyrażała rzeczywistych potrzeb mieszkańców Kró­lestwa, ani ich nie zaspokajała. Królestwo postrzegano jako część władztwa francuskiej dynastii królewskiej, i to nie tylko za panowania obu pierwszych Karolów. Także Robert rządził w swoim państwie i realizował politykę domi­nacji w środkowych Włoszech za pośrednictwem rodziny i własnych, francu­skich i katalońskich w większości, klientów. Andegaweni wykorzystali spraw­ną administrację Normanów i Staufów, by uczynić ze swojego państwa pompę ssącą, źródło dochodów obracanych na realizację polityki powiększającej ich dynastyczną domenę, ale rujnującej zasoby kraju i podcinającej jego rozwój. Wielkie bogactwo Królestwa, pisze Giovanni Tabacco, w osądach politycz­nych współczesnych miało znaczenie wyłącznie fiskalne i tak je pojmował władca, bankierzy toskańscy, kuria rzymska. Niewiele na ogólnym bilansie rządów andegaweńskich mogła zaważyć pozytywna ocena długoletniego pa­nowania Roberta, wkładu dworu andegaweńskiego w rozkwit kultury włoskiej, najważniejszego elementu dumy narodowej. Nie wszyscy ją zresztą podzielali, akcentując niepowodzenia siedmiu ekspedycji militarnych przeciwko Arago­nii, zależność od papiestwa, które w andegaweńskim Awinionie było raczej pod kuratelą władców Francji, mieszających się w sprawy włoskie, przestarza­łą strukturę społeczną itd. Robert kontynuował politykę przodków, ale nie miał wizji równie śmiałej jak dziad, ani środków, by realizować skromniejsze nawet projekty.

Czasy Joanny I nie budzą już większych kontrowersji. "Historia Króle­stwa Neapolu po śmierci Roberta Andegaweńskiego jest tragedią rządów", które - ciągle jeszcze oparte na starym systemie feudalnym i anachronicznej misji gwelfickiej - miotają się w próbach przystosowania do klimatu nowożytnego świata. Zbrodnie, spiski, najazdy, wojny pretendentów, powstania w miastach i bunty baronów, nagłe katastrofy i nieoczekiwane ozdrowienia starego orga­nizmu składają się na monotonny bieg zdarzeń tego powolnego konania" ­pisał przed laty Nino Valeri. Królestwo, będące za pierwszych Andegawenów jedną z pierwszych potęg europejskich, sto pięćdziesiąt lat później nie było w stanie obronić się przed żadnym ciosem. To w tej epoce utrwaliła się opinia o Neapolitańczykach, że kraj ten i jego mieszkańcy wzbudzają litość, a bar­dziej jeszcze potępienie i odrazę. Za poetą Cino z Pistoi powtarzano: "Służal­cze królestwo, gdzie nic dobrego się nie dzieje, gdzie nie baczy się na cnotę"ˇ Oskarżała historiografia włoska Andegawenów nie tylko o nadmiemy fiska­lizm, o utratę kontroli nad anarchizującymi życie społeczne i polityczne baronami, o półkolonialną zależność od bankierów i kupców z północnych i środkowych Włoch. Oskarżono przede wszystkim o doprowadzenie do "nieszpo­rów", kładących kres budowanej przez ponad sto lat jedności Południa. Gdy Leonard całe zło upatrywał w spisku aragońskim, najsurowsi włoscy krytycy rządów andegaweńskich przywoływali w porównaniach okupacyjne porządki Burbonów (rządzili Neapolem od 1734 roku). Problem jedności był absolutnie podstawowy dla "neogibelinów" doby Risorgimento, dlatego pozytywnie ocenia­no dążenia hegemonistyczne Roberta czy Władysława. Dopiero późniejsza historiografia podważyła te anachroniczne konstatacje. We włoskich podręczni­kach szkolnych nadal jednak czytamy przede wszystkim o tym, jak to niepohamowane ambicje poszczególnych linii dynastii andegaweńskiej dorzu­ciły do rzeczywiście straszliwych skutków pustoszącej Południe "czarnej śmier­ci" jeszcze i zniszczenia wojenne: "Z władców, którzy panowali w Neapolu [po Robercie] wspomnimy tylko dwie królowe, Joannę I i Joannę II, które wyróżniły się, poza niemoralnością, niewielką troską o państwo; stąd wynikał upadek władzy królewskiej a wzrost partykularyzmu i potęgi baronów".

Nie­wielki więc wpływ na świadomość historyczną Włochów mogą mieć nowsze badania, zwłaszcza Giuseppe Galasso, zdejmujące z Andegawenów wyłączną odpowiedzialność za kryzys Południa. Dramatyczne losy Królestwa po śmier­ci Roberta są w jego pracach postrzegane m.in. jako nieunikniony skutek kry­zysu papiestwa i systemu gwelfickiego: monarchia gasła tak jak urząd, który ją powołał, niezdolna do sprostania wyzwaniom nowych czasów. Wojna dynastyczna o Neapol nie była jedyną w czternastowiecznej Europie i nie tylko Królestwo Neapolu było bardziej rzeczywistością instytucjonalną i dynastycz­ną niż polityczno-społeczną lub polityczno-etyczną. Obciąża wreszcie histo­riografia włoska Andegawenów, tym razem trzecią już dynastię, cząstką winy za sprowokowanie trwających ponad pół wieku (od końca XV do połowy XVI stulecia) wojen włoskich - uporczywe trwanie przy pretensjach do tronu neapolitańskiego, zdobytego w 1442 roku przez dynastię aragońską, dostarczyło w 1494 roku Karolowi VIII, królowi Francji, pretekstu do wkroczenia do Italii. Ciekawe, jego plany polityczne były kopią ambicji andegaweńskich: poza zdobyciem Królestwa Neapolu odebrać Turkom Ziemię Świętą, Konstantynopol, zdominować wschodnią część basenu Morza Śródziemnego.

Historia panowania gałęzi węgierskiej Andegawenów nie wywoływała tak zaciekłych sporów w historiografii, może i dlatego, że bariera językowa utrudnia historykom włoskim, polskim i węgierskim uważne śledzenie badań kolegów. Opinie nie są jednak wcale identyczne, wiele tu ocen rozbieżnych, wręcz sprzecznych. Czy ktoś w Polsce nazwałby Ludwika Węgierskiego "Wielkim"? Inaczej patrzono i patrzy się nadal na j ego rządy na Węgrzech, inaczej w Polsce, jeszcze inaczej we Włoszech. Tam worki ze złotem, które wiozła ze sobą Elżbieta Łokietkówna, by wesprzeć pretensje do tronu Andrzeja, budziły nie podziw, a zawiść, ekspedycja Ludwika napawała spieszących z czołobitnością i pomocą tyranów i komuny nie tylko strachem, ale i odrazą. Okrutne postępo­wanie w Neapolu z krewniakami (stracił m.in. księcia Durazzo) spotkało się z ostrą krytyką. Wyrzucano królowi zdradę własnej rodziny: najpierw zaprosił książąt na ucztę, by potem ich wytracić. Nawet jeśli jego zwolennicy widzieli tu rękę Boga, pomszczenie mordu na bracie, trudno im było usprawiedliwić kolejną zbrodnię.

W Polsce dominuje negatywna opinia o jego panowaniu, rządach regentki Elżbiety, a potem Władysława Opolczyka. Podkreśla się polityczny zamęt, jaki wywołał konflikt o sukcesję po Kazimierzu "Wielkim", straty terytorialne na rzecz Brandenburgii i Litwy, bezprawne przyłączenie do Węgier Rusi. Nikt z prze­pytywanych przez mnie absolwentów liceów, zdających w ostatnich latach na studia, nie wiedział, że Ludwik był kiedykolwiek królem Polski, nawet "od zawsze" wkuwany w szkołach przywilej koszycki nie jest wiązany z jego rzą­dami. Obiektywny wizerunek jednego z najwybitniejszych władców Węgier, jaki skreślił w Poczcie królów polskich Andrzej Wyrobisz, przegrywa z pod­ręcznikowym stereotypem "egoistycznej" polityki Andegawenów, której po­słusznym wykonawcą był m.in. Kazimierz Wielki. Elżbieta Łokietkówna wprawdzie nie cieszy się dobrą opinią za swoje rządy w Polsce, ale jej biogra­fia pióra Jana Dąbrowskiego oddaje sprawiedliwość krwi piastowskiej w wy­kreowaniu potęgi Węgier. Można odnieść wrażenie, że to córka Łokietka sprawowała faktyczną władzę na Węgrzech w czasach panowania tam Andegawe­nów (była królową od 1320 roku, zmarła w 1380 roku). To ona prowadziła politykę dynastyczną, spowodowała zwrot w polityce węgierskiej, przedtem zoriento­wanej wyłącznie na sprawy bałkańskie, to jej stronnictwo złożone z Polaków zdobyło przewagę na dworze w Budzie i doprowadziło do sukcesji w Polsce, to ona zabiegała o koronę Neapolu dla Andrzeja i to wreszcie ona ocaliła na samym początku w 1330 roku panowanie andegaweńskie, zasłaniając własną osobą męża, Karola Roberta, gdy zamachowiec targnął się na jego życie (straciła przy tym 4 palce u prawej ręki).

Tymczasem Jadwiga, zresztą w świadomości Polaków całkowicie spolo­nizowana, cieszy się kultem niepodważalnym. Od lat toczone, nie bez emocji, spory o charakter jej małżeństwa z Wilhelmem Habsburgiem (skonsumowane czy nie?) zdają się być wewnętrzną sprawą historyków i ... Kościoła, jako że ich rezultat mógł zaważyć na przebiegu procesu kanonizacyjnego, zakończo­nego uroczystą kanonizacją królowej w Krakowie w 1997 roku, podczas pielgrzym­ki papieża do Polski. Gdy jednak historiografia polska podkreśla wkład Andegawenów węgierskich w rozwój kultury polskiej, Włochom dwór w Budzie nigdy nie imponował. Andrzej był uważany w Neapolu za prostaka, nieledwie głupka. Nie znalazły też we włoskiej historiografii uznania interpretacje wę­gierskiego badacza rządów andegaweńskich, Balinta Homana, który tragiczny konflikt obu gałęzi dynastycznych postrzegał jako starcie dwóch światów: ry­cerskiego, średniowiecznego (Węgry) i renesansowego (Neapol). Nie chciano widzieć w Andrzeju jedynego rycerza na kompletnie skorumpowanym dworze ani w wojnie Ludwika Węgierskiego z Joanną walki średniowiecznego ryce­rza z renesansową władczynią. Bez sprzeciwów przyjmuje się natomiast do­minującą w historiografii węgierskiej pozytywną ocenę andegaweńskich rzą­dów na Węgrzech. Udało się tam Andegawenom wpisać w tradycję kraju, udo­wodnić ciągłość i prawomocność panowania mimo zmiany dynastii na tronie. Anonimowy (zapewne franciszkanin) autor Kroniki Węgier (1227-1330) bez trudu wykazał, że nowi władcy są dziedzicami Arpadów. Na Węgrzech, inaczej niż w Neapolu, kronikarstwo andegaweńskie rozkwita, zwłaszcza za panowania Ludwika. Na grobie jednego z patronów Królestwa, św. Władysława, następca Karola Roberta ślubował kroczenie śladami wielkiego poprzednika i zyskał jego szczególną opiekę. W czasie najazdu Tatarów w 1345 roku, jak głosi ówczesna legenda, święty ów wstał z grobu i wziął udział w bitwie, by ocalić Królestwo. Nikt go wprawdzie w boju nie widział, ale grób na czas batalii opustoszał, po czym znaleziono zroszone potem ciało. Mieli wreszcie węgierscy Andegaweni szczególny powód do chwały - odziedziczyli po Kapetyngach, a przede wszyst­kim po Arpadach imponujący poczet świętych dynastycznych, wzbogacony jeszcze postacią św. Ludwika, franciszkanina, biskupa tuluzańskiego, stryja Ka­rola Roberta. Pod tym względem - jak pisze Jerzy Kłoczowski - nie mieli sobie równych pośród europejskich dynastii.

Między XIII a XV w. Europa pełna była pretendentów do władzy w królestwach, księstwach, feudalnych władztwach. Gdyby ktoś zechciał napisać historię dyplomacji i stosunków międzynarodowych tylko pod tym kątem, okazałoby się, że niemałą część ówczesnych pertraktacji, układów politycznych itp. stanowiło dochodzenie i oddalanie pretensji do tronów. Niemała też częśc wojen była tym właśnie pretekstem wywołana, by przypomnieć tylko tę najdłuższą - stuletnią. Nie tylko Kazimierz Wielki musiał zapłacić Janowi Luksemburskiemu słynne 20 tys. kóp groszy praskich za zaprzestanie tytułowania się królem Polski, także Jagiełło został zobligowany do wypłacenia Wilhelmowi Habsburskiemu części pieniężnej przyrzeczonego mu posagu Jadwigi - 200 tys. złotych florenów. Pretensje pojawiały się zawsze, ilekroć zakłóceniu uległ porządek dziedziczenia, skodyfikowany w Europie późno (około XII wieku) i trudny do przestrzegania, gdy brakło męskiego potomka bądź następca nie dożywał momentu objęcia tronu. Mogły pojawić się także wówczas, gdy zerwano zaręczyny czy małżeństwo. Przegrana pretendenta najczęściej wcale nie oznaczała poniechania pretensji. Dziedziczyło się je na takiej samej zasadzie li, koronę, rzeczywistą władzę. Andegaweni z uporem, w różnych swoich gałęziach, tytułowali się królami jerozolimskimi, jednocześnie nosili tytuły ów Węgier czy Neapolu, "dziedziczyli" nie istniejące od 1261 roku Cesarstwo Łacińskie itd. Mimo zdobycia Neapolu przez gałąź Durazzo, od 1382 roku był w Europie jeszcze jeden król Neapolu - książę Andegawenii.

3. Capet-Robertyng-Valois-Anjou


Żródła:

"Dynastii Europy" - praca zbiorowa pod redakcją Antoniego Mączaka


"Słownik dynastii Europy" - pod redakcją Józefa Dobosza i Macieja Serwańskiego