Iwan V Aleksiejewicz Romanow (urodzony 27 sierpnia (6 września) 1666 roku, zmarł 29 stycznia (8 lutego) 1696 roku) herb

Syn Aleksego I Michajłowicza Romanowa, pretendenta do korony polskiej, cara Rosji i Marii Iljinicznej Miłosławskiej, córkę Ilii Daniłowicza Miłosławskiego.

Car Rosji od 27 kwietnia (7 maja) 1682 roku do 29 stycznia (8 lutego) 1696 roku.

W Moskwie, 9 (19) stycznia 1684 roku poślubił Praskowię Fiodorowną Sałtykową (urodzona 12 (22) października 1664 roku, zmarła w St. Petersburg, 13 (24) października 1723 roku), córkę Fiodora Piotrowicza Sałtykowa i Anny Michajłownej Tatiszczewej.

Po osadzeniu Zofii w klasztorze władza w państwie przeszła formalnie w ręce jej braci: rodzonego - Iwana oraz przyrodniego - Piotra. Jak wiemy, pierwszego z nich polityka niewiele interesowała, lubił życie rodzinne a jego, mówiąc delikatnie, ociężałość umysłowa wkluczała lekturę książek, których nawet sporo było na dworze moskiewskim. Piotr był jego zaprzeczeniem. Żył pełnią życia, a ciekawość świata i rozległe zainteresowania powodowały, że stale rozszerzał swoje horyzonty myślowe, a jego cudzoziemski nauczyciel, Holender Franciszek van Timmerman, chociaż nie miał specjalnego przygotowania, potrafił zaszczepić w nim zamiłowanie do nauk ścisłych, a poza tym skierował kroki swego ucznia ku Niemieckiej Słobodzie, w której się osiedlił. Była to jedna z dzielnic Moskwy, zamieszkała przez przybyszów z Europy Zachodniej, którzy żyli według własnych obyczajów i w projektowanych przez siebie domach, przypominających im ojczyznę. Tutaj właśnie zatrzymywa ły się na dłużej obce poselstwa, zakładali swe warsztaty zagraniczni rzemieślnicy... Żyło się tu znacznie swobodniej, niż w innych częściach stolicy i to nie tylko dlatego, że było więcej karczem, szynków i... dziewcząt lekkich obyczajów, ale głównie dzięki dopuszczalnej i powszechnie przyjętej swobodnej wymianie myśli, umiejętności prowadzenia rozmowy i w niej dochodzenia swoich racji, nie zaś w carskich i cerkiewnych nakazach czy zakazach.

Piotr korzystał z wszystkiego: włóął się z podchmieloną kompanią swoich współtowarzyszy po ulicach Słobody, uczestniczył w ich pijaństwach, nie gardził dziewczętami, zaś w okolicach pałacu, w którym mieszkał, przyglądał się pokazom ogni sztucznych oraz pozorowanym walkom, w których oddziały rówieśników, uzbrojone w prawdziwą broń i ponoszące prawdziwe straty. Tak zginął stolnik carski Iwan Dołgoruki, tak zraniono szwajcarskiego kondotiera Franciszka Leforta, mającego już za sobą służbę w armii francuskiej i holenderskiej... Młodego cara pociągała też żegluga. Wprawdzie początkowo bał się wody, ale udało mu się pokonać strach i kiedy znalazł w strasznych rupieciach jakąś rozsypującą się szalupę, dał ją wyremontować i każdą wolną chwilę poświęcał na żeglowanie po jeziorze Perejasławskim, położonym w odległości aż stu kilometrów od Moskwy. Nota bene łódź ta, jeszcze za życia Piotra namwana „dziadkiem floty rosyjskiej", zachowała się do dzisiaj i jest obecnie przechowywana w Centralnym Muzeum Marynarki Wojennej w Sankt Petersburgu.

Obydwaj carowie brali oczywiście nadal udział w ceremonialnych audiencjach i uroczystych nabożeństwach, tym razem jednak już bez towarzystwa zawistnej i ambitnej Zofii. Sprawiali wrażenie znużonych uroczystościami dworskimi.

W rzeczywistości Rosją rządziło jeszcze stronnictwo Naryszkinów, w którym główną rolę odgrywał wuj Piotra, Lew Naryszkin, kierujący prikazem Poselskim. Ale oto oprócz rodziny monarchy na dworze zaczęli się również pojawiać przyjaciele siedemnastoletniego Piotra. Był wśród nich starszy od cara o blisko czterdzieści lat Patryk Gordon, Szkot, który służył wcześniej w Szwecji i w Polsce, a następnie brał udział w kampaniach krymskich i wraz z dowodzonym przez siebie pułkiem butyrskim opowiadał się za młodym monarchą przeciw Zofii. Niezwykle ciekawą postacią był także Aleksander Mienszykow, ponoć niegdyś sprzedawca pierożków w Moskwie, wciągnięty przez władcę z dołów społecznych i odpłacający mu się bezprzykładną wiernością. Towarzyszył carowi zarówno w jego wszystkich zabawach, także tych niewyszukanych czy wręcz wulgarnych, jak i w wyprawach wojennych lat następnych. Wykonywał każde polecenie, nie cofając się przed niczym, nawet największym łotrostwem. Był człowiekiem bystrym i inteligentnym.

I chociaż tryb życia cara Iwana nie budził zainteresowania dworu, a i cudzoziemscy przybysze rzadko zwracali na niego uwagę, na wszelki wpadek w jego otoczeniu zawsze znajdował się ktoś pilnie baczący, by nikomu nie przyszło na myśl posłużyć się koronowanym głupcem do przywrócenia rządów Zofii i jej sprzymierzeńców. A Piotr dalej bawił się w wojnę z wolna wkraczając w wiek męski. Mimo wszystko nie traktowano go jeszcze całkiem poważnie. W na Kremlu bywał rzadko i raczej niechętnie. Tradycyjne rozsiadywanie się w zimnych komnatach i pogrążanie w nieciekawych dysputach nudziło go. Wreszcie, nasłuchawszy się opowiadań o morzu, postanowił zobaczyć je na własne oczy. W lipcu 1693 roku wyruszył do Archangielska, jedynego portu otwartego dla statków europejskich, jakim Rosja dysponowała w tym czasie. Od Morza Czarnego odcinali ją Turcy i Tatarzy, od Bałtyku Szwedzi, zaś morza polarne nie nadawały się do utrzymywania przez cały rok regularnej żeglugi.

Piotr przeżywał kolejną fascynację. Nie spieszył się z powrotem a wieczory spędzał zazwyczaj w towarzystwie kupców i marynarzy, opowiadających o dalekich wprawach i niebezpieczeństwach morskich podróży. W połowie sierpnia Piotr po raz pierwszy wypuścił się na morze na swoim jachcie, odprowadzając do ujścia Dwiny angielskie i holenderskie statki handlowe. Wreszcie stało się to, czego można było oczekiwać: car zapragnął mieć własną flotę. W Archangielsku założono stocznię i wybudowano gmach Admiralicji, natomiast w Holandii zamówiono okręt pełnomorski, na którym po raz pierwszy podniesiona została bandera cara moskiewskiego: biało-niebiesko-czerwona z krzyżem św. Andrzeja i znajdującym się w środku dwugłowym, srebrnym orłem. Piotr nie doczekał się tego, bowiem w końcu września, naglony przez matkę, powrócił do stolicy.

Natalia nie nacieszyła się długo powrotem syna. Po kilku miesiącach, z początkiem 1694 roku zmarła po krótkotrwałej chorobie. Piotr najpierw rozpaczał jak małe dziecko, ale już po trzech dniach pił na umór wraz z przyjaciółmi w domu Leforta. Wkrótce zaczął przygotowywać się do kolejnej podróży do Archangielska. W Wołogdzie przesiadł się na czekający już nań statek i rzekami: Wołogdą, Suchoną, a następnie Dwiną dotarł do celu. W Archangielsku uczestniczył w uroczystości wodowania okrętu, pod który położono stępkę w poprzednim roku. Nadano mu imię Święty Paweł, a że właśnie przybiła do portu jednostka zamówiona w Holandii - czterdziestodziałowa fregata Santa Prophaetia (łac. Święte Proroctwo), przeto flota rosyjska powiększyła swój stan posiadania do trzech okrętów. Pierwszym był jacht Święty Piotr, na którym car po raz pierwszy wyprawił się na morze rok wcześniej.

Do Moskwy zdążył powrócić na huczne powitanie nowego roku, które - jak wiemy - przypadało 1 września. Rozrywki były wielce niewyszukane i prawdę powiedziawszy, sprowadzały się do picia na umór. Ucztowano przy każdej okazji, a tych nie brakowało. Obchodzono imieniny, chrzciny, wesela, rozpoczęcie i zakończenie budowy domów itd., itd. W tym właśnie czasie monarcha ustanowił "Najbardziej Pijany Sobór" - instytucję wyszydzającą strukturę i obyczaje Kościoła rzymskokatolickiego. Papieżem "Soboru" został nauczyciel Piotra, diak Nikita Zołow, tytułowany „najbardziej błazeńskim ojcem Joanikitą, patriarchą preszburskim, kokujskim i wszechjauzskim". Sam monarcha mianował się protodiakonem. O "soborowe" godności zabiegano, bo wprawdzie udział w posiedzeniach tej instytucji groził utratą zdrowia, zwłaszcza ciężką chorobą nerek, przymuszanych niemal codziennie do filtrowania potężnych porcji akloholu, ale jednocześnie oznaczał bezgraniczne wręcz zaufanie władcy.

Carskie swawole, na które Naryszkinowie patrzyli przez palce, bowiem - jak sądzili - odsuwały chwilę upomnienia się Piotra o pełnię władzy, nie budziły entuzjazmu mieszkańców Moskwy, przyzwyczajonych do ascetycznego trybu życia poprzednich monarchów, bowiem tylko z takim obrazem rządów spotykali się na co dzień. Moskwianie roznosili po kraju wiadomości o dziwnym zachowaniu się cara. Coraz powszechniej sarkano na nowe otoczenie monarchy, na „Niemców", którzy zajęli w jego sercu tyle miejsca, że nie starczało go już dla ludu prawosławnego. Starowiercy mówili nawet o pojawieniu się w Rosji Antychrysta. Wielowiekowe odcięcie społeczeństwa od zagranicy dawało się teraz odczuć na każdym kroku. Dziwactwa mieszkańców Niemieckiej Słobody nie budziły ani zdziwienia, ani wstrętu - chodziło przecież o obcych; gdy jednak Rosjanin, co więce - car, zaczął się do nich upodabniać, zamieszały się umys moskiewskie. Zofia zmuszona do przebywania w na w mnisze szaty i mająca ograniczony kontakt ze współczucie. Krytyka zataczała coraz szersze kręgach głośniejsza i, co mogło stać się naprawdę dla Piotra, coraz bardziej śmiała. W ciągle mało le pretekst mógł stać się powodem poważnego wstrząsu, a co dopiero monarsze błazeństwa i wyczyny dalekie od czas obyczaju.

Ponoć Lefort był pierwszym, który zwrócił uwagę na grożące niebezpieczeństwo. On także kiedyś brał udział w wprawach przeciw Krymowi. Odważny, wesoły, nie stroniący od kobiet i kieliszka szybko znalazł wspólny język z młodym monarchą. Właśnie on zaproponował zajęcie się sprawą, mogącą przysporzyć sław carowi i zarazem odciągnąć go od głupstw, którymi zajmował się z takim upodobaniem. Miało nią być zorganizowanie wyprawy na Turków w celu zdobycia Azowa, portu leżącego u ujścia Donu do Morza Azowskiego. Turcja władała nim od 1471 roku. Ewentualny sukces planowanej kampanii wiązał się z licznymi korzyściami dla Rosji, która uzyskałaby w ten sposób wreszcie wymarzone przez Piotra wyjście na świat przez Morze Czarne. Udowodniono by także sprzymierzeńcom Ligi Świętej, że Rosja - mimo niedawnych niepowodzeń Golicyna - zamierza nadal wywiązywać się z podjętych zobowiązań. Wprawdzie potem należało pomyśleć jeszcze o dogadaniu się z Turkami, kontrolującymi wyjście na Morze Śródziemne, ale na razie nie zawracano sobie tym głowy.

Piotr z entuzjazmem odniósł się do lefortowskiego pomysłu i w liście do swego szwagra napisał lekceważąco: "(...) Jedziemy bawić się pod Azow". Na szczęście miał dobrych doradców i mimo wszystko nie zrezygnował z solidnych przygotowań. Dla zmylenia przeciwnika pchnął w kierunku na Krym wielką armię dowodzoną przez bojarzyna Borysa Szeremietiewa. W tym samym czasie ku Azowowi ruszyły wyborowe siły rosyjskie dowodzone przez Leforta, Gordona i dowódcę pułku preobrażenskiego Awtamona Gołowina. Car także wziął udział w wprawie, jednak w niskiej randze bombardiera - dowódcy roty (kompanii). Wprawdzie i tak do niego właśnie należały najważniejsze decyzje, i on był naczelnym dowódcą, ale uważał, że na kolejne rangi wojskowe musi zasłużyć swoimi czynami, nie zaś pozycją, jaką dawało mu urodzenie. Pod Carycyn nad Wołgą główne siły dotarły rzekami bez większych kłopotów. Gdy jednak trzeba było przeprawić się lądem nad Don, a następnie dotrzeć do Azowa, pojawiły się trudności. Brakowało żywności, a zmęczeni żołnierze poruszali się tak wolno, że gdy wreszcie dotarli do celu wędrówki, nieprzyjaciel już wiedział o nadciągającej armii i zdążył poczynić odpowiednie przygotowania do odparcia ataku. Podwojono siły broniące twierdzy, zaś stałe uzupełnienie zapasów żywności i amunicji zapewniała nie mogli zaatakować nie mając floty. Prócz tego rzeki broniły dwie forteczki usytuowane na przeciwległych brzegach i połączone ze sobą łańcuchami.

Ochotnicy, składający się głównie z Kozaków Dońskich, zachęceni dziesięciorublowymi nagodami, zdobyli jedną z nich, a drugą Turcy opuścili sami, ale wkrótce turecki wypad z Azowa unieszkodliwił działa znajdujące się na murach. Przedsięwzięty w sierpniu szturm generalny nie przyniósł Rosjanom sukcesu, podobnie jak i następne. Okazało się, że Piotr z ochotą osobiście ładował i odpalał działa, lecz nie miał pojęcia o dowodzeniu całością operacji, a w obecności monarchy nikt nie kwapił się do samodzielnego przejęcia tej czynności. Każdy ze szturmujących oddziałów walczył na własną rękę. Gordon zdobył jeden z azowskich bastionów, lecz spóźnili się z pomocą Lefort i Gołowin; kiedy wreszcie Gołowin ruszył z miejsca, Gordon wcofywał się już ze zdobytych pozycji. Na dodatek szyki mieszała jazda tatarska, nieustannie szarpiąca oblegających. Z początkiem października Rosjanie zrezygnowali z ponawiania ataków i podjęli decyzję o wycofaniu wojsk. W pierwszych dniach grudnia 1695 roku Piotr powcił do Moskwy.

Trudno mu było pogodzić się z porażką. Wprawdzie gorycz osładzała świadomość obsadzenia tureckich umocnień nad Donem przez spory, bo trzytysięczny garnizon rosyjski, zaś Szeremietiew raportował o zdobyciu czterech niewielkich nad dolnym Dnieprem, ale cel główny nie został osiągnięty. Wielu musiały na myśl przychodzić tak niedawne golicynowskie niepowodzenia. Zapewne i car nie był wolny od tego rodzaju porównań.

I właśnie teraz, gdy Wdawało się, że młody monarcha podzieli los któregoś z niewydarzonych poprzedników i przygnębiony doznanym niepowodzeniem da się łatwiej powodować przez otoczenie, względnie usunie się na dalszy plan, rezygnując ze swoich ambitnych planów, Piotr pokazał lwi pazur.

Natychmiast po powrocie spod Azowa, jeszcze w zimie, rozpoczął przygotowania do następnej wyprawy. Nie zapomniał o niczym. Z Austrii i Prus ściągnął inżynierów i saperów umiejących prowadzić podkopy i zakładać miny pod fortyfikację. Do stoczni w Archangielsku wysłał list:

Po powrocie z niezdobytego Azowa wraz z radą generałów rozkazałem robić galery na przyszłą wojnę. W tym celu potrzebni mi są tutaj wszyscy wasi ship-timmermanowie [cieśle okrętowi - W. A. S.].

Do Wiednia udał się specjalny wysłannik, który miał nalegać za zawarcie rosyjsko-austriackiego paktu zaczepnego wymierzonego przeciw Turcji. Niejako "przy okazji" poseł miał dopilnować, specjaliści w zakresie sztuki oblężniczej jak najszybciej trafili do Rosji. W prikazie Poselskim gromadzono informacje o sytuacji Europie Zachodniej, a zwłaszcza o walkach prowadzonych przez państwa Ligi Świętej przeciw Porcie. Pod koniec roku dowódcą kolejnej wyprawy został mianowany bojarzyn Aleksy Szein, a jego zastępcą i pomocnikiem generał Gordon. Monarcha nie zapomniał i o Leforcie, mianując go admirałem głównodowodzącym nie istniejącej jeszcze floty.

Do jej budowy zabrano się z wielkim zapałem, zaś Piotr okazał się świetnym organizatorem pracy. Na pozór niewykonalne zadanie zostało zrealizowane w terminie wyznaczonym przez władcę - na wiosnę 1696 roku. Galera, którą zwodowano w Holandii na rosyjskie zamówienie i która miała pływać po Wołdze i Morzu Kaspijskim, trafiła najpierw do Preobrażenskoje pod Moskwą, gdzie rozebrano ją na części, by według tego wzorca wykonać elementy dla 22 identycznych jednostek oraz 4 branderów, które wypełnione po brzegi materiałem łatwopalnym i zapalone miały zostać skierowane na okręty i umocnienia nieprzyjacielskie, by tam wzniecić pożary. Car nie liczył się z nikim i z niczym. Do ciężkich prac przy zimowym wrębie drzewa zmuszono nie tylko drwali, lecz również wielu chłopów oraz żołnierzy z pułków preobrażenskiego i siemionowskiego. Pracowali w pobliżu Donu, w Dobrym, w Kozłowie, Sokolsku i Woroneżu. Zobowiązano ich do szybkiego spuszczenia na wodę 100 tratw, 300 łódek oraz 1300 większych łodzi do przewozu wojska. 26 000 ludzi wykonywało to polecenie, trudząc się w iście katorżniczych warunkach tylko dlatego, że taki był kaprys jednego z dwóch panujących carów. Nowe pomysły realizowano przy pomocy starych, dobrze już wcześniej wypróbowanych metod. Piotr tymczasem pozwolił się łaskawie awansować do stopnia kapitana, najwyraźniej uważając, że należy mu się to za pierwszą kampanię azowską, mimo jej fiaska.

Nie zawsze wystarczała carska wola. Ludzie nie godzili się na powolne umieranie w woroneskich lasach i, zdobywając się na jeszcze jeden rozpaczliwy wysiłek, uciekali z pracy. Żołnierze też nie wykazywali należytego entuzjazmu i, dowiedziawszy się, co ich może czekać w nowym miejscu postoju, opóźniali przemarsz, jak się tylko dało. Do tego wszystkiego dziwnym trafem w miejscach, gdzie prowadzono wyrąb, zaczęły wybuchać pożary. Współpracownicy Piotra z niepokojem donosili o swoich kłopotach monarsze, nie ośmielając się jednak nigdy powątpiewać w realność wytyczonego planu lub stawić pod znakiem zapytania koszty jego realizacji.

Nic też dziwnego, że w tej sytuacji śmierć Iwana Aleksiejewicza, starszego z panujących braci, przeszła jakby niepostrzeżenie, a w każdym razie nie wpłynęła na zmniejszenie tempa przygotowań do kolejnej kampanii. Car Iwan umarł 29 stycznia (8 lutego) 1696 roku. Od tej chwili jedynym władcą Rosji pozostał Piotr.


Żródła:

"Poczet władców Rosji" - autor: Władysław Andrzej Serczyk